środa, 10 września 2014

A w telewizji pokazali...

Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie oglądam telewizji. Jeszcze większą, gdybym dodała, że wszystkie reality show są mi obce. Może nie oglądam ich namiętnie, regularnie i całościowo, ale czasem jak nic nie mam do roboty lub chcę po prostu się odmóżdżyć, zdarza mi się włączyć taki program.

Nieco inaczej było z nowym programem TVN - "Mama kontra mama". Zapowiedź i zaproszenie do udziału w programie na antenie stacji pojawiło się gdzieś w okolicach czerwca. Zaczęłam więc czekać na to, co właściwie zostanie wyemitowane. Przede wszystkim, sam tytuł programu nie napawał optymizmem - zakładał walkę mam, porównywanie się i patrzenie na inne uczestniczki z góry. A tego, jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, nie brak na co dzień każdej mamie.

Jak więc wyszło? Może nie aż tak strasznie, jak się obawiałam, ale nie ma też powodów do zachwytów. Formuła programu jest prosta - każda z czterech mam-uczestniczek z jednej okolicy (w pierwszym odcinku był to Wrocław), przy pomocy ukrytych (a może i nie?) kamer prezentuje dzień z życia rodziny. Pozostałe w tym czasie oglądają ich działania, komentują na bieżąco, a nawet w czasie, gdy rodzina opuszcza mieszkanie, maja obowiązek sprawdzić w jakich warunkach żyją dzieci i co jedzą. 

Niby nic - połączenie Big Brothera z Ugotowanymi, nawet lektor tan sam, z tymi samymi, mało śmiesznymi żarcikami. A jednak, po obejrzeniu pierwszego odcinka mam raczej smutne odczucia.

Po pierwsze - bardzo nie lubię, kiedy napuszcza się ludzi na siebie. Rozumiem, że ktoś mądry, szukając pomysłu na kolejny program, zabrnął w sieci na fora dla młodych rodziców i uznał, że szkoda by taka ilość wylewanych pomyj została tylko w internecie. Rozumiem też, że takie programy muszą być wypełnione prostymi emocjami i rozwiązaniami, by oglądanie nie wymagała żadnego wysiłku intelektualnego. Ale nie rozumiem, jak można dopuścić, by jedna matka arbitralnie uznała, że inna nie powinna wychowywać dzieci. Nie lubię, gdy ludzie są zapatrzeni w siebie i nie próbują dostrzec inności i różnorodności metod, zaciekawić się nimi i spróbować o tym porozmawiać. A uczestniczki ewidentnie wybierane były pod kątem bezkrytycznego uwielbienia swoich działań, co jedna, pod koniec programu, skwitowała zdaniem - wiem, że nie chce od Was niczego przejąć. Smutne, bo wzajemne uczenie się, podglądanie powinno dawać nam powód do refleksji nad naszymi działaniami.

Po wtóre - oglądając program cały czas zastanawiałam się, gdzie są ojcowie. Niby każda z kobiet (albo prawie) pracuje również zawodowo, ale z relacji z dziećmi, realizacji codziennych obowiązków, wychodzi na to, że domem i dziećmi zajmują się tylko one! Ktoś może powiedzieć, że to efekt formuły programu - w końcu to o mamach, a nie o tatach czy rodzicach w ogólności, ale dla mnie to potwierdzenie, że cały dom na ogół spada na głowę kobiety. I telewizja, mieniąca się nowoczesną, zamiast z tym walczyć, pokazywać nowe wzorce, ugruntowuje stary system. Ale czego oczekiwać od stacji, której jednym ze sztandarowych programów jest "Perfekcyjna pani domu", której wkładem w związek jest czyste mieszkanie.

Po trzecie - jak się tak przyjrzeć metodom matek biorących udział w programie, nie różnią się aż tak bardzo metodami - jedne nieco więcej wymagają od dzieci, jeśli chodzi o roboty domowe, inne zapewniają więcej rozrywek, ale co jest wspólne - bardzo kochają swoje dzieci i troszczą się o nie, najlepiej jak potrafią. Więc po co się porównywać? Pewnie po to by zdobyć główną nagrodę - 10000 zł na wakacje. Łakomy kąsek, ale czy skusiłabym się by najpierw obedrzeć się z prywatności, a następnie wziąć udział w polowaniu na pozostałe uczestniczki - nie, na pewno nie. Ale zawsze się tacy znajdą, tak jak znajdzie się dla nich widownia. Czy ja się do tych ostatnich przyłączę - raczej nie, pierwszy odcinek nie przekonał mnie formułą, nie zaciekawił tematem i wkurzył wyżej wymienionymi argumentami. Ale może jeszcze wrócę do niego w jakimś innym wpisie, jak przyjdą mi do głowy nowe refleksje.

A na koniec - Łucja w poniedziałek skończyła osiem miesięcy i po raz pierwszy sama stanęła! A dzisiaj doskonaliła tę sztukę, wspinając się przy pomocy każdej pionowej "okazji". Jejku, to ona zaraz będzie chodzić?



ps. po #icebucketchallenge, nową zabawą internetową jest wymienianie dziesięciu książek, które najbardziej wpłynęły na nasze życie. Od kilku dni zastanawiam się nad swoją listą - Łucka jeszcze się nie przyłączy, ale może ktoś z czytających tego bloga jest chętny?

wtorek, 9 września 2014

Łucja nie chce spać

Pierwszy raz od narodzin Łucji, przez głowę przeszły mi mordercze myśli. Co więcej, nie sądziłam, że wyobraźnia podpowie mi aż tak sugestywne obrazy, co zrobić z tym małym, wrzeszczącym Dziabagiem. Niby słyszałam, że i inni rodzice miewają takie chwile, ale dotąd moje dziecko aż tak mi skórę nie zaszło. Aż do środowego wieczoru.

O co chodziło? O wieczorne usypanie. Zgodnie z poleceniami wielu poradników, zajmujących się tematyką pomocową dla młodych rodziców, aby dziecko ładnie szło spać, należy wprowadzić wieczorne rytuały. Tak też w poprzednia środę, Łucja została umyta, przebrana w piżamkę, dostała butlę z większą ilością mleczka, aby wystarczyło jej na całą noc i ... za nic na świecie nie chciała spać. Zazwyczaj po takich działaniach, chwili noszenia i tulenia, dziecko zasypia. Dla pewności, w tle lecą kołysanki, w okolicach 4-5 dziecko śpi już twardo, a my około 20.30 mamy wieczór dla siebie. Nie tego dnia. Najpierw zaczęła sięgać po okoliczne przedmioty, w tym piloty, komórki i długopisy, potem radośnie pokrzykiwać kiedy próbowaliśmy ją położyć do łóżeczka. Na nic nie zdawało się śpiewanie z Grzegorzem Turnauem i Magdą Umer (radość), noszenie (płacz), przystawianie do piersi (siadanie i machanie rączkami). Po szesnastu kołysankach, uznaliśmy, że nie ma co dalej jej usypiać, skoro nie jest śpiąca. Była prawie 21. Po kolejnej godzinie, podczas której dalej interesowało ją siedzenie na rękach, szarpanie psiej sierści, szukanie czym może się pobawić, zaczęła wreszcie trzeć oczka! I ryczeć! Nagle zrobiła się tak zmęczona, że już nie mogła ot, tak zasnąć. Czterdzieści minut później - kiedy ją odkładałam - na zegarze była 22.38! Z wieczora nic nie zostało, poza moim wkurzeniem i totalnym zmęczeniem. 

Ale to nie koniec - następnego dnia obudziła się o 4.40! Dominik dzięki naszemu maleństwu nie nastawia już budzika, czasem nawet jest jednym z pierwszych w robocie. A Łucja - jak się zmęczy, to w dzień odsypia. Ale nauczona doświadczeniem, nie pozwalam jej spać więcej niż dwie godzinki (nie wliczam w to porannej drzemki - bo pobudka przed piątą, szybko zamieniła się w kolejną drzemkę, tym razem do 7.30). I tak mam gwarancję, że o 20.30 po 3K (kąpiel, kolacja, kołysanka) pójdzie spać.

Dziabąg odsypia ciężką noc ;)
ps. W okolicy łóżeczka Łucji, wprost na wyciągnięcie jej małych łapek, stoją książki. Łucja upodobała sobie zwłaszcza jedną - "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego. Czy nie za szybko na tak ambitną lekturę? ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Złapał katar pannę Łucyję

No i stało się. Jeszcze dwa tygodnie temu mówiłam, że mam szczęście, bo dziecko ani razu od narodzin mi na nic nie zachorowało. Ale przyszła jesień - jeszcze nie w kalendarzu, ale za oknem już tak, mocniej zawiało i pierwsze w życiu przeziębienie złapane.

Pierwsze symptomy były w nocy z soboty na niedzielę - kręciła się całą noc po łóżeczku, nieco chrapała, ciągle się budziła. Kolejnego dnia było pewne - to katar.

Chore dziecko, to przede wszystkim marudne dziecko. Niech ktoś spróbuje ruchliwemu ośmiomiesięcznemu dziecku wyczyścić nos. Lub choćby przetrzeć, by nie siedziała zasmarkana. Powodzenia, bo niby małe to to, ale rączki, poruszając się szybko jak skrzydła w wiatraku, potrafią z ogromną precyzją odtrącić chusteczkę, nie mówiąc już o aspiratorze. A kiedy już uda Ci się ominąć młyn i wytrzeć nos, musisz nastawić się na gwałtowną i bardzo głośną reakcję histeryczną. Po prostu super.

W sumie to i tak nie mam na co narzekać. Jak dotąd (odpukać!) lejący się nos i chrapanie w nocy to jedyne niedogodności. Apetyt i chęć do zabawy pozostały na tym samym poziomie, może więcej Dziabąg śpi. W każdym razie na wszelki wypadek nie poszłam dzisiaj na spacer - trochę za mocno wiało, a w taką pogodę nie wiadomo czy bardziej ubrać (wieje) czy jednak nieco rozpiąć (słońce wciąż przygrzewa mocno). Obstawiam, że właśnie takiego dnia - a nie brakowało ich w ciągu ostatnich dwóch tygodni - Łucka złapała wirusa nieżytu nosa. W każdym razie w najgorszym wypadku za siedem dni będzie (całkiem) zdrowa :)

Dowód na to, że jak się wytrze nos, można bawić się w spokoju :)