poniedziałek, 29 grudnia 2014

Na marginesie dyskusji o brudnym pampersie

Od wczoraj po sieci krąży felieton Agnieszki Kublik (Gazeta Wyborcza), o tym że podczas wizyty w restauracji miała nieprzyjemność oglądać, jak siedząca naprzeciwko niej matka zmieniła pampersa rocznemu dziecku przy stole. Autorka oburzona, w emocjonalnym tonie opisuje, jak wyobrażała sobie zawartość pieluchy i zapach, który będzie unosił sie w łazience, jako wspomnienie tego zdarzenia. Ewidentne, cała ta sytuacja zepsuła jej wieczór ze znajomymi, skoro postanowiła o tym, co zobaczyła, podzielić sie z cała Polską. A ta szybko zareagowała, co można od wczoraj przeczytać i posłuchać w tysiącach komentarzy, artykułów, wpisów na blogach, a nawet dyskusji w programie "Dwie Prawdy"(TVN24). 

Komentujący zasadniczo podzielily się na dwa obozy - przywołujących ubiegłoroczna dyskusję o wózkowych i ogólnie opisujący rodziców, jako roszczeniowo-wywyższającą się grupę (niestety, większość pomyj rozlała sie głównie na matki), oraz na tych, którzy bronią praw rodziców do wychodzenia z domu z dziećmi, korzystania z miejsc publicznych na równi z bezdzietnymi. 

Pierwsza grupa, w dużej mierze bezdzietni lub z odchowanymi dziećmi, postulują, żeby posiadając dziecko...wstrzymać się od pojawiania się w miejscach publicznych, bo chcą mieć święty spokój i spokojnie zjeść. Bo dzieci mogą płakać, biegać, czasem i krzykną, matka zechce je nakarmić piersią przy stole, a nie, o zgrozo, w toalecie, a co najgorsze, takie rozwrzeszczane maleństwo może zrobić kupę. OK, rozumiem, nie powinno si∂ę zmieniać pieluchy przy stole, zwłaszcza, jeśli obok ktoś je i taki widok jest niesmaczny. Ale gdy nie ma przebieraka, to co zrobić? Ja na ogół w takiej sytuacji przebieram dziecko w samochodzie lub szybko zbieram się do domu, by nie psuć innym kolacji. Jednak, dla kogoś może to być przystanek w podróży i co ma zrobić, kiedy restauracja nie zamontowała, choćby składanego przebieraka w toalecie (serio, zmieści się takie cudo nawet w najmniejszej toalecie).

Nie chcę też bronić opisanej w felietonie kobiety, bo może zrobiła to bezwiednie, po raz kolejny, gdy nikt nie zwrócił jej uwagi. Może teraz się zastanowi i poszuka innego sposobu na zmianę pieluszki. Może. A może nie, dając kolejne argumenty zwolennikom teorii o wózkowych - matkach uważających, że skoro urodziły dziecko, wszystko mogą i wszystko im się należy. Niestety, w argumentacji przeciwników pojawiania się rodziców z dziećmi w strefach publicznych, widzę jeden słaby punkt - uogólnienie. 

Powiem tak, jeśli ktoś twierdzi, że każda matka to wózkowa, to tak jakby twierdził, że każdy programista to brodacz. Bo i matki zwane pejoratywnie wózkowymi pojawiają się na naszych ulicach (sama kilka takich spotkałam), jak i każdy pewnie zna brodatego programistę. Ale błędne jest wyciąganie z tego faktu wniosku, ze każda matka jest roszczeniowa, a każdy pracujący w IT powinien zapuścić brodę. Absurd, ale bardzo mocno odciskającego piętno na dyskutujących w sprawie.

Tak naprawdę, ustosunkowałam się do tego felietonu z jednego powodu. Jeśli czytasz to i jesteś bezdzietny/a, a w miejscach publicznych przeszkadzają ci dzieci, to wiedz jedno, szybko może sie okazać, że znalazłeś sie po drugiej stronie barykady i marzysz tylko o tym, by zjeść coś na mieście, ale nie udało ci sie komuś podrzucić dziecka. Zostaje ci albo zostać (znowu) w domu albo wziąć dziecko ze sobą. I modlić sie, by w restauracji był przebierak, by dziecko za bardzo nie płakało, by jakaś felietonistka nie postanowiła z twojego przykładu zrobić tematu do kolejnego tekstu.

wtorek, 16 grudnia 2014

Bułeczki, karteczki i pierniczki czyli coraz bliżej święta

W poprzedni wtorek słuchałam w radiu audycji "Matka Polka-Feministka". Tematem przewodnim było pytanie, czy można zabierać dziecko na koncerty/wydarzenia kierowane do dorosłych. Jednak bardziej zainteresowało mnie o kim opowiadała bohaterka reportażu. Mówiła mianowicie o swojej córce Łucji, którą zabrała na koncert szwedzkiego chóru odwiedzającego Warszawę z okazji obchodów dnia św. Łucji. Oraz innych, kultywowanych przez nią od narodzin córki tradycjom (szwedzkim) związanym z imieniem Łucja.

Co niektórzy wiedzą, że imię Łucja wybraliśmy po części dlatego, że kojarzyło się nam ono właśnie ze Szwecją, krajem który lubimy odwiedzać, który nas fascynuje (i który mimo, że jest protestancki czci świętą*). Z reportażu dowiedziałam się, że 13 grudnia - w dzień św. Łucji, Szwedzi pieką szafranowe bułeczki drożdżowe z rodzynkami, które mają nawiązywać do historii św. Łucji - wczesnochrześcijańskiej męczennicy, która wyłupiła sobie oczy, by uniknąć ślubu z Rzymianinem, a następnie została ścięta. Owe rodzynki na bułeczce symbolizują oczy św. Łucji, które wg legendy w chwili śmierci "wróciły na miejsce".

Wracając do tego co usłyszałam w radio, uznałam, że upieczenie bułeczek to fantastyczny pomysł, zwłaszcza że 13 grudnia wypadał w tym roku w sobotę. Mogłam spokojnie wszystko przygotować w czasie, gdy Dominik zajmował sie Łucją. Ciasto wyrabiałam dwukrotnie (ok, nie ja, maszyna :)), bo za pierwszym razem zapomniałam dodać drożdży. Kiedy w końcu sie udało, bułeczki zostały upieczone, stwierdziłam, że i my będziemy co roku kultywować tę, związana z imieniem mojej córki, tradycję. Zwłaszcza, że Łucji smakowało. Jakby ktoś był zainteresowany, przepis wzięłam z tej strony.

Łucka wcina bułeczkę swojego imienia ;)
Poza bułeczkami, mój weekend wypełniły inne, przedświąteczne prace. Zaszalałam i przygotowałam wszystkie kartki do wysłania i rozdania oraz udekorowalam pierniczki (powiedzmy ;)), które na to czekały od końca listopada (wtedy były pieczone). Skoro wszyscy chwalą sie dziełami rąk swoich, pozwolę sobie na to i ja :)

27 kartek i każda inna :)

*no, dobra - nie do końca, jeśli ktoś jest ciekawy, jak z tą tradycją św. Łucji jest naprawdę w Szwecji odsyłam do ciekawego wpisu, który znalazłam szykując ten post - tu

wtorek, 9 grudnia 2014

Łucja lubi wybór

Mniej więcej dwa tygodnie temu postanowiłam, ze czas najwyższy skończyć ze słoiczkami i przestawić Łuckę na "normalne jedzenie". Decyzja ta nie była podyktowana finansami - Łucji jeden słoiczek starczał na dwa dni, chodziło mi raczej o przyzwyczajanie dziecka do jedzenia o normalnej konsystencji, nie w formie papki. 
Postanowiłam skorzystać z modnej ostatnio metody karmienia dzieci, która w ostatniej wersji schematu rozszerzania diety, zaaprobowana została przez ekspertów zajmujących się żywieniem dzieci. Chodzi mi mianowicie o BLW - baby led-weaning, na polski kreatywnie przetłumaczony jako Bobas Lubi Wybór
Łucja wciąga ryż z pstrągiem łososiowym i cukinią

O co w tym chodzi? W wielkim skrócie (bo stron i blogów o samym BLW jest bardzo dużo i każdy może sprawdzić szczegóły), w metodzie chodzi o to, żeby od początku dawać dziecku jedzenie nie w formie papek i puree, tylko w "naturalnej" postaci - kawałków ugotowanego mięsa, różyczek brokuła czy kalafiora kulek z kaszy lub ryżu itp. Według autorek książki Bobas Lubi Wybór, całe rozszerzanie diety można oprzeć o tę metodę, oczywiście dopiero wtedy gdy dziecko już stabilnie siedzi i zaczyna chwytać i brać do buzi wszystko co znajdzie na swojej drodze. 
Ja aż tak hurraoptymistycznie nie byłam nastawiona do tego sposobu karmienia. Bałam się zaksztuszenia, zwłaszcza w czasie gdy zębów jeszcze nie było, a nawet wtedy gdy już dwa pierwsze pojawiły sie w buzi. Pierwsze próby zastosowania metody podjęłam w okolicach ósmego miesiąca, kiedy uznałam, że słoiczkowe desery mogę zastąpić świetnymi, jesiennymi owocami. Łucja jednego dnia dostała do łapki kawałek jabłka, kolejnego gruszki i ku mojemu zdziwieniu poradziła sobie z nimi wyśmienicie, nie krztusząc się, co najwyżej brudząc siebie i okolice (bałagan zresztą uważany jest za jedyną wadę całej tej zabawy). 

Co tam rybka, co tam ryż, ja na warzywa mam ochotę dziś :)

Od tamtego czasu Dziabągini praktycznie przy każdym posiłku, dostawała coś, co mogła wziąć sama z tacki i włożyć samodzielnie do buzi. Na ogół były to warzywa - brokuły, kalafior, marchew, pietruszka, ziemniaki, dynia, czasem makaron, rożne kasze, ryż, a nawet kawałek mięsa czy ryby. Zaczęłam tak przygotowywać jedzenie, by zawsze coś było dla Łucji. Ostatnio przyszedł czas na pełne posiłki i pożegnanie się ze słoiczkami (czasem jeszcze z nich skorzystam, bo od czasu do czasu mamy ochotę na coś ostrego, a to nie jest jedzenie dla dziecka).

Jajo

Metoda BLW ma jeszcze jedna zaletę, zresztą zawartą w polskiej nazwie. Przed dzieckiem kładzie się kilka elementów obiadu- np. troszkę ryżu, kawałek mięsa, różyczkę brokuła i słupek marchewki. Dziecko wybiera to, na co ma największą ochotę, samo reguluje ile chce zjeść, jak jest już najedzone, po prostu przestaje jeść (to moment, gdy warto wyjąc dziecko z krzesełka, bo pozostałości z tacki zaczynaja latać po pokoju). To dobry sposób na kształtowanie odróżniania poczucia sytości od głodu. A także daje szanse dziecku spróbować rożnych smaków, co może w przyszłości zaowocować otwartością na nowe produkty i nie wybrzydzanie na to, co znajdzie na talerzu. Przynajmniej o takich zaletach można usłyszeć od propagatorów tej metody. Czas pokaże, czy przyłączę się do chóru.

Zdjęcie ruszone, bo Łucja robi się coraz szybsza i cięzko uchwycić jak biega za pchaczem

czwartek, 27 listopada 2014

Coraz bliżej święta

Od blisko miesiąca przeżywam prawdziwe katusze. Co robię? Układam listy prezentów gwiazdkowych dla rodziny - zwłaszcza dzieci, których w rodzinie z roku na rok jest coraz więcej. No dobra, nie cierpię aż tak bardzo, ale po raz pierwszy ciężko mi się zdecydować na to, czym obdaruję kuzynostwo Łucji. Zresztą i dla mojego Dziabąga nie mogę nic wybrać.*

Skoro przez 10 lat wszystko szło jak z płatka, to skąd teraz ten problem? Wszystko zmieniło się odkąd na świecie jest Łucka. Wcześniej wybierałam prezenty według mojego widzimisię, na ogół takie które w założeniu miały być kreatywne, edukacyjne i nie stygmatyzujące. Zawsze ten klucz uważałam za właściwy, ale parę razy zamiast radości z "ekstra rozwijającego" prezentu, na buzi dziecka odmalowywało się zdziwienie, a za nim pytanie "a co to właściwie jest?".

Ale o co chodzi? Przecież posprzątałam w pudle.
Stąd moje rozerwanie (jak u Doktora Judyma ;)). Z jednej strony oglądam świetne edukacyjne zabawki i akcesoria na różnych "parentingowych" stronach internetowych, często małych polskich firm. Z drugiej w głowie kołacze mi myśl, co w obdarowywaniu jest najważniejsze - moje dobre samopoczucie czy zadowolenie obdarowanego, a jego zainteresowania i potrzeby mogą znacznie odbiegać od moich wyobrażeń. Krótko mówiąc - dziecko zamiast niszowej zabawki chce tą, którą ma koleżanka, widziała w sklepie czy w telewizji.

Jak już raz wspomniałam we wpisie o książkach, staram się wybierać prezenty niestygmatyzujące - różowo-księżniczkowe dla dziewczynek czy samochodowo-niebieskie dla chłopców (walka z tym drugim to pewnie dopiero przede mną). Wierzę bowiem, że to czym się bawimy, jakie książeczki czytamy, może w przyszłości wpłynąć na nasze wybory. Dziewczynka nie bawiąc się samochodami może mieć awersję do zrobienia prawa jazdy (moja prywatna psychoanaliza), ale za to chłopiec bawiący się zabawkowym odkurzaczem chętniej będzie włączał się w prace domowe. Problemem jest jednak, że jeśli ktoś nie spędza każdej wolnej chwili na wymyślaniu co kupi na prezent, po wejściu do sklepu wybierze się do działu z sprofilowanymi dla płci zabawkami. W "Smyku" nawet pudełka mają odpowiedni kolor - dla dziewczynki w różowym "zestaw do sprzątania", dla chłopca - "zestaw narzędzi". Zresztą polecam na stronie sklepu wybrać "odgrywanie ról" i raz zaznaczyć dziewczynki, a potem chłopców. Można się przestraszyć wyników.

Udaję, że czytam, może nikt się nie zorientuję, że oglądam tylko obrazki.
Z podobnego założenia wychodzą również dyskonty, które przed świętami sprzedają też zabawki. Na zdjęciach reklamowych chłopcy bawią się koparkami, czy sterowanymi samochodzikami, dziewczynki lalkami (Lidl). W konkurencji  - dziewczynka pozuje z wózkiem czy przy tablicy (tutaj), a chłopiec majsterkuje w zabawkowym warsztacie lub pisze po tablicy (tutaj). Innych sklepów już nie sprawdzałam, ale sądzę że jest podobnie.

Do świąt jeszcze chwila, więc moje katusze jeszcze potrwają. Będę dalej przeglądała strony bijąc się z myślami czy kupić coś, co według mnie jest wartościowe, ale może trafić na półkę zapomnianych zabawek (choć nie musi, jak pokazuje wiele przykładów z przeszłości) czy jednak zamknąć oczy i uszy na stereotypowe zabawki i kupię coś co jest modne, czym interesuje się dziecko i coś co je naprawdę ucieszy. W końcu mój komfort w tym wszystkim jest najmniej ważny.


* Piszę Ja, gdyż Dominik już na początku małżeństwa oddał w moje ręce takie sprawy jak wymyślanie prezentów dla wszystkich - w rodzinie i poza nią. Ktoś kto nas nie zna, jeszcze może pomyśleć że jesteśmy rodziną konserwatywną z tradycyjnym podziałem ról ;)


poniedziałek, 17 listopada 2014

Warsztaty ogólnorozwojowe dla dzieci

Zaczęło się od nosidełka. Właściwie od przeczytania jakiegoś artykułu, z którego wynikało, że nosidła można używać także przy starszych dzieciach, niekoniecznie tylko przy najmniejszych Dziabągach. Zaczęłam więc szukać w internecie odpowiedniego nosidełka, trafiłam na sklep internetowy. Nie chciałam jednak kupować w ciemno, zależało mi na tym, by najpierw go obejrzeć, przymierzyć, toteż zaczęłam sprawdzać, kto w Trójmieście zajmuje się sprzedażą interesującego mnie modelu. Znalazłam dwa sklepy, ale tak naprawdę zainteresował mnie jeden, gdyż poza ofertą nosideł, chust i innych akcesoriów dla dzieci, oferował warsztaty we współpracy z "Rodzice bez obaw - Centrum dla kobiet w ciąży".

Najpierw chciałam zapisać się na warsztaty BLW (w skrócie - metoda rozszerzania diety dzieci, polegająca na tym, że dziecko spośród podanych rzeczy samo sobie wybiera co chce jeść - i w przypadku Łucji zawsze jest to brokuł lub kalafior :)), ale zajęcia się niestety nie odbyły. Polubiłam więc ich profil na fb i czekałam na kolejny termin.

W międzyczasie sprawdzałam, czy może poza tymi warsztatami mają coś innego do zaoferowania. Zainteresował mnie jeden komentarz, w którym padło pytanie czy w weekendy mogliby zorganizować jakieś zajęcia dla małych dzieci. Bardzo rzadko piszę komentarze, zwłaszcza pod postami napisanymi przez nieznane mi osoby, ale wtedy coś mnie tknęło i przyłączyłam się do grona proszących o takie zajęcia. I w kolejnym komentarzu "Rodzice bez obaw" obiecali zorganizować takie warsztaty.

Pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 15 listopada o godzinie 10.00. Przyjechaliśmy jako pierwsi i od razu spodobało się nam miejsce. Powitały nas dwie miłe panie, zaproponowały coś do picia, z czego chętnie skorzystaliśmy, bo wstaliśmy zbyt wcześnie i w domu nic nie wypiliśmy przed wyjściem. Po zdjęciu kurtek, weszliśmy na maty (Łucja zajęła się zabawkami w kącie) i czekaliśmy na resztę.
Łucji najbardziej podobały się duże piłki. Do tego stopnia, że Dominik obiecał,
że wreszcie napompuje naszą, która od dwóch lat leży w kartonie :)
Niedługo potem pojawili się pozostali uczestnicy warsztatów - kolejne dwie dziewczynki i dla równowagi dwóch chłopców. Z całego tego towarzystwa Łucka była najmłodsza i jedyna samodzielnie niechodząca, ale zupełnie nie przejmowała się tym faktem i raczkowała po całej sali w poszukiwaniu przygód.

Zajęcia podzielone były na dwie części - ruchową i manualną. Podczas pierwszej uczyliśmy się wierszyków, piosenek, które można wykorzystać podczas codziennych zabaw z dzieckiem. Łucji najbardziej spodobała się zabawa w kartofelka, trącanego noskiem przez prosiaczka (rodzica ;)), najmniej  - w pociąg. W kolejnej części, dzieci miały rozwijać motorykę małą, poprzez zabawę z gliną. Łucja jednak głośno odmówiła wzięcia udziału w tej części, kiedy nie pozwoliłam jej spróbować materiału - w zamian wolała dalej spacerować po macie. Po chwili dołączyły do niej pozostałe dzieci, gdyż na koniec zaplanowano chwilę luźnej zabawy, czas dla dzieci i pierwsze próby poznania się wzajemnie, rodziców.

Zamiast w glinie, pogrzebię w zabawkach :)
Co mi się podobało? Przede wszystkim fakt, że są takie warsztaty - dotąd widziałam propozycje dla dzieci starszych, minimum od 1,5 roku czy 2 lat. Ponadto propozycje zabaw, które chętnie wykorzystam w domu. A także miła atmosfera, która powoduje, że nie mogę doczekać się kolejnego spotkania.
A co podobało mi się mniej? Nie wszystkie zabawy były dopasowane do wieku dzieci. Rozumiem jednak, że wynikało to raczej z poszukiwań formuły. Nie ma podobnych zajęć dla małych dzieci w okolicy (przynajmniej takich nie znalazłam), więc te pewnie będą jeszcze chwilę dopasowywać się metodą prób i błędów do grupy docelowej. Wierzę jednak, że z każdego spotkania na spotkanie będzie lepiej. W każdym razie już nie mogę się doczekać kolejnych, za dwa tygodnie.


poniedziałek, 27 października 2014

Parę słów o wpływie muzyki na nasze życie

Jakiś czas temu przeczytałam w Gazecie Wyborczej artykuł, który zmroził krew w moich żyłach. No, dobra - może moja reakcja nie była aż tak mocna, ale ogólnie nie ucieszyła mnie (prawdopodobna) przyszłość mojej córki.

Artykuł nosi już bardzo sugestywny tytuł: "Przedszkolak tańczy i śpiewa disco-polo. Czego nasze dzieci uczą się w przedszkolu?". A już z treści dowiadujemy się, że dzieci w przedszkolu (z braku umiejętności nauczycielek? ich gustów? gustów rodziców?), uczą i bawią się przy najbardziej popularnych piosenkach, w tym disco-polo.

I tu pojawia się problem, bowiem od końca liceum jestem nieco snobką muzyczną - wcześniej bywało różnie, cóż - błędy młodości z których się wyrasta. Słucham praktycznie tylko utworów, których treść nie ogranicza się do banalnych stwierdzeń o dobrej zabawie i uproszczonej wizji relacji damsko-męskich. Ważna jest dla mnie też warstwa muzyczna, złożona więcej niż z trzech dźwięków (punk jest wyjątkiem), wygrywanych jednym palcem na keyboardzie. Nie cierpię imprez typu wesela czy Andrzejki, bo istnieje na nich mus zabawy przy właśnie tego typu muzyce, co więcej śpiewanej i wygrywanej przez lokalną - dyżurną "kapelę". Rozumiem, czemu na takich zabawach bez dużej ilości alkoholu ani rusz - bo bez tego muzyka jest dla mnie niestrawna.

W domu słucham głównie radia - Trójki. To ona obecnie kształtuje moje spojrzenie na muzykę. Większość płyt, które stoją na naszej półce, to rekomendacje Programu Trzeciego PR lub inspiracje tam podsłuchane. Praktycznie nie wiem, co jest puszczane w innych radiach, do tego stopnia, że do konkursu Eurowizji, nie miałam nawet pojęcia o piosence "My Słowianie".

Radio włączam rano, jak tylko wstanę i gra ono mniej więcej do 19. Łucja wychowuje się więc w przestrzeni wypełnionej muzyką, zgoła odmienną od tej, o której pisze autorka podlinkowanego tekstu. Muzyka, obok pięknej literatury czy przedstawień wizualnych, jest jednym z ważniejszych elementów wychowania estetycznego. A tego, moim zdaniem, brakuje w naszym kraju (dlatego żyjemy w brzydkich przestrzeniach miejskich i w głównym nurcie muzycznym królują piosenki bez melodii i z tekstem o niczym).

Wiem, zabrzmiałam jak arogancki buc, który z pogardą spogląda na większość społeczeństwa. Nie było to moją intencją, chciałam tym wpisem zasygnalizować, jak ważne dla mnie jest też coś, co ma szansę ukształtować wartości estetyczne mego dziecka, wrażliwość na piękno, zainteresowanie problemami społecznymi. A tą rolę spełnia tylko sztuka - zarówno ta "wysoka", jak i też dobrze napisana, zrealizowana popkulturowa. Zdaję sobie również sprawę, że to co opisuję, to zwykłe aspirację tzw. współczesnej miejskiej klasy średniej, ludzi żyjących w mieszkaniach na kredyt, pracujących w korporacjach, którzy chcieliby swoim dzieciom zapewnić jak najlepszy start.

Czemu akurat ten artykuł, spośród wielu o wychowaniu dzieci i wpływie na ten proces różnych instytucji, mnie zainteresował? Od kilku miesięcy - mniej więcej od czasu jak Łucja skończyła sześć miesięcy, zauważałam, że bardzo chętnie kiwa się przy co drugiej piosence. Na początku pomyślałam, że mam genialne dziecko, bo wydawało mi się, że takie reakcje widoczne są dopiero u dzieci po skończeniu pierwszego roku życia. Potem okazało się, że to normalne dla dzieci w tym wieku, ale zaczęłam się zastanawiać czy talent muzyczny to kwestia jedynie genów, czy też ma na to wpływ otaczanie dziecka muzyką od pierwszych dni. I czy gatunek muzyki ma znaczenie. Znalazłam kilka artykułów mówiących  - włączaj muzykę - głównie klasyczną, ale najlepiej śpiewaj, nawet jeśli nie masz głosu. W końcu młodzi Japończycy wyrastają w środowisku pełnym muzyki, mają słuch absolutny i często zwyciężają w Konkursach Chopinowskich. Niestety, potem doczytałam, że najprawdopodobniej w krajach Dalekiego Wschodu, wpływ na to ma struktura ich języka, wymagająca słyszenia wysokości dźwięku różnych spółgłosek, które pełnią różne funkcje językowe.

Tak czy siak, muzyka wpływa pozytywnie na rozwój dziecka. Jeśli przy tym w przyszłości okaże się, że jeszcze rozwinie jakiś talent, to wysiłek w postaci śpiewania w kółko ulubionej piosenki o żabie, nie będzie zmarnowany.

Na filmiku poniżej Łucja prezentuje swoje talenty taneczne, przy jednej z piosenek Curly Heads.



A to piosenka, przy której Łucja tańczy ostatnio najczęściej - "Pył" Fisz Emade Tworzywo - świetny kawałek, tak poza tym :) 

środa, 22 października 2014

Plac zabaw

Ostatnia niedziela zaskoczyła nas wspaniałą pogodą. Uznaliśmy, że byłaby to niesamowita szkoda spędzić go w domu, więc wybraliśmy się z Łucją na plac zabaw. A że słońce pięknie świeciło, zrobiliśmy z tego wypadu fotorelację. Oto mały wybór.

Łucja melduje gotowość do zabawy - jeszcze w czapeczce,
bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest aż tak ciepło

Na sprężyce do przodu i do tyłu

Siup i w dół po zjeżdzalni - zabawa z tatą była lepsza, bo mniej asekurował

I dookoła na równoważni

Nie ma jak na huśtawce - pajączek trzyma i nie spadam :)

Zmęczona po zabawie

Nim wróciliśmy do domu, już spała - nie dało się nawet zdjąć kombinezonu

czwartek, 9 października 2014

Jesień, zmęczenie i książki (zaległe)

Prawie miesiąc upłynął od ostatniego wpisu (co przypomniał mi dzisiaj Facebook). Najpierw nie wiedziałam, co napisać - brakowało mi weny. Potem Dominik wciągnął się w projekt po godzinach, a ja zmęczona po całym dniu z Dziabągiem, nie miałam już siły pisać. A potem mi się nie chciało. Ale wreszcie się zabrałam i już jest kolejny wpis. Do poczytania, dla zainteresowanych moimi książkowymi zwierzeniami. A kto nie chce tego czytać, niech chociaż obejrzy galerię zdjęć, prezentującą najnowsze dokonania Łucji.

Zdjęcie zrobione w"biegu" - Łucja zamienia się w małą wyścigówkę
W poprzednim wpisie zapowiedziałam moją listę dziesięciu najważniejszych (no, mniej więcej) książek mojego życia, niekoniecznie arcydzieł literatury światowej. Z braku nowych wpisów na ten temat zakładam, że akcja w sieci raczej się skończyła, ale jak zawarłam to w tytule posta - lista książek jest zaległa, a z zaległości należy się rozliczać. Tak też, po kolei:

1. O psie, który jeździł koleją (Roman Pisarski) - pierwsza książka, która wstrząsnęła mnie do głębi - do dziś pamiętam moment, w którym skończyła czytać książkę, gdzie siedziałam i jak bardzo leciały mi łzy. Nieprawdopodobna historia psa, po przeczytaniu której moje życie już nigdy nie było takie samo (i dlatego zawsze jest w nim pies, nawet tak durny jak Syriusz)
2. Ania z Zielonego Wzgórza  i dalsze części cyklu (L.M. Montgomery) - książkę przeczytałam w czwartej klasie - została "zadana" przez moją ówczesną drużynową, jako podstawa fabuły zimowiska. Mimo, że byłam najmłodsza w drużynie, jako jedyna przeczytałam nie tylko pierwszą część, ale właśnie zaczytywałam się w trzeciej - "Ani na Uniwersytecie". Można się spierać, czy książka ma wydźwięk feministyczny czy wręcz przeciwnie, ale to tam po raz pierwszy zetknęłam się super zdolną kobietą, która wiedziała, że chce się uczyć (i pokonywała w nauce chłopaka). Poza tym, w jednej z części cyklu przeczytałam po raz pierwszy o tym, jaka straszna była Wielka Wojna - jeden z synów bohaterki, zaciąga się na ochotnika do kanadyjskiego korpusu i wyrusza do Europy na rzeź.

Dziabąg bawi się z koleżanką w lustrze :)
3. Kamienie na szaniec (A. Kamiński) - kolejna harcerska książka. Nie pamiętam, czy i jak przerabiana była w szkole, ale świetnie pamiętam zbiórki inspirowane powieścią. Nie jest to majstersztyk literacki, jednakże losy Rudego, Zośki i Alka bardzo długo wpływały na moje wyobrażenie o wojnie, państwie podziemnym, a nawet Warszawie. Obecnie jestem nieco bardziej krytyczna i nawet kontrowersje wobec ekranizacji czy dyskusji o orientacji seksualnej bohaterów, nie robią na mnie wrażenia.
4. Mistrz i Małgorzata (Bułhakow) - jedna z niewielu książek, które przeczytałam wielokrotnie. Powieść wszechczasów. Historia niemocy pisarskiej, bólów głowy Poncjusza Piłata, wizyty Wolanda w Moskwie niedługo po rewolucji październikowej i dziwnych zachowań jego trupy, w tym dziwnego ni to kota, ni to demona - Behemota. Mam nawet jego "wizualizację" - prezent, jaki dostałam w czasach zachwytów nad książką. Stoi wysoko, tak by małe łapki mojej małej niszczycielki, go nie dopadły.
Takie tam selfie :)
5. Diuna (F. Herbert) - książka, stanowiąca początek cyklu książek dziejących się na Arrakis/Diunie. Walka o przeżycie i władzę, fanatyczny kult zdolny przeorać świat, do tego miłość. No i litania przeciw strachowi Bene Gesserit, która przydała mi się w wielu stresujących sytuacjach:
    Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
    Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
    Stawię mu czoło.
    Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
    A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
    Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
    Jestem tylko ja. 
6. Początek (A. Szczypiorski) - ostatnia lektura, którą przerabialiśmy w szkole średniej. Historia Polski od II W. Ś. w pigułce. Różne postawy bohaterów - dobrych Niemców, denuncjujących Polaków, Żydów wypierających się swojego dziedzictwa i włączających się w nagonkę 68 roku uświadomiły mi, że nic w historii nie jest dokładnie czarno-białe. Jedna z tych książek, które nauczyły mnie myśleć krytycznie.
Pierwszy wafelek
7. Blaszany bębenek (G. Grass) - dla tych, którzy nie wiedzą (a lubię się tym chwalić), wychowałam się na tym samym podwórku, na którym (zapewne) przed II w.ś. biegał młody Gunter Grass. W książce opisuje najlepiej znane mi miejsca. Spędziłam wiele godzin szukając nieistniejących już przejść (np. z Placu Wybickiego do Kilińskiego), sprawdzając co się zmieniło, które miejsca zostały wymyślone, a także czytając tą (i inne książki) razem z Oskarkiem na jego ławeczce.
8. Pomniejsze bóstwa (T. Pretchett) - książka z uniwersum Świata Dysku, dziejąca się nieco na uboczu od główneg nurtu i Ankh-Morpokh. Świetna analiza ewolucji religii i instytucji, które tworzy. Socjologia religii w bardziej przystępnej formie od podanej przez Emila Durkhaima ;)

"Już się najadłam i nie będę siedzieć na foteliku" :)
9. Kocia kołyska (K. Vonnegut) - moja ulubiona powieść tego pisarza. Wariacja na projekt Manhattan, Kryzys kubański, Zimną wojnę. Nigdzie indziej nie znalazłam opisu końca świata zawartego w kilku zdaniach. No i obowiązkowo "dwousobowe państwo" - lejtmotyw chyba wszystkich książek Vonneguta
10. Igrzyska śmierci (S. Collins) - cóż, powieści dla młodzieży też mogą być dobre. Historia przeciętnej dziewczyny żyjącej w antyutopii, jej poświęcenia, przerażających igrzysk na śmierć i życie, przypadkowej rebelii, i stania się jej przypadkowym symbolem, uprzedmiotowionym przez bardziej doświadczonych życiowo graczy.
Łucja na razie namiętnie oddaje się jedynie lekturze "Zwierzaczków przyjaciół szczeniaczka"
Po ułożeniu listy przyszło mi do głowy jeszcze parę książek (m.in Sto lat samotności Marqueza, Dzienniki Gwiazdowe Lema, Rok 84 Orwella), ale stwierdziłam, że nie będę zmieniać swej listy. Od miesiąca proszę też Dominika, by stworzył swoją, ale jakoś mu to nie wychodzi. Łucja na razie ma na swojej jedną pozycję :)

Na dzisiaj tyle. Jeśli ktoś tu jeszcze jest i ew. czeka na kolejny, bardziej związany z tematyką bloga wpis, obiecuję napisać go jak najszybciej się da. Oczywiście, jak Dziabąg pozwoli.

Łucja robi papa, do zobaczenia przy okazji kolejnego wpisu.

środa, 10 września 2014

A w telewizji pokazali...

Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie oglądam telewizji. Jeszcze większą, gdybym dodała, że wszystkie reality show są mi obce. Może nie oglądam ich namiętnie, regularnie i całościowo, ale czasem jak nic nie mam do roboty lub chcę po prostu się odmóżdżyć, zdarza mi się włączyć taki program.

Nieco inaczej było z nowym programem TVN - "Mama kontra mama". Zapowiedź i zaproszenie do udziału w programie na antenie stacji pojawiło się gdzieś w okolicach czerwca. Zaczęłam więc czekać na to, co właściwie zostanie wyemitowane. Przede wszystkim, sam tytuł programu nie napawał optymizmem - zakładał walkę mam, porównywanie się i patrzenie na inne uczestniczki z góry. A tego, jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, nie brak na co dzień każdej mamie.

Jak więc wyszło? Może nie aż tak strasznie, jak się obawiałam, ale nie ma też powodów do zachwytów. Formuła programu jest prosta - każda z czterech mam-uczestniczek z jednej okolicy (w pierwszym odcinku był to Wrocław), przy pomocy ukrytych (a może i nie?) kamer prezentuje dzień z życia rodziny. Pozostałe w tym czasie oglądają ich działania, komentują na bieżąco, a nawet w czasie, gdy rodzina opuszcza mieszkanie, maja obowiązek sprawdzić w jakich warunkach żyją dzieci i co jedzą. 

Niby nic - połączenie Big Brothera z Ugotowanymi, nawet lektor tan sam, z tymi samymi, mało śmiesznymi żarcikami. A jednak, po obejrzeniu pierwszego odcinka mam raczej smutne odczucia.

Po pierwsze - bardzo nie lubię, kiedy napuszcza się ludzi na siebie. Rozumiem, że ktoś mądry, szukając pomysłu na kolejny program, zabrnął w sieci na fora dla młodych rodziców i uznał, że szkoda by taka ilość wylewanych pomyj została tylko w internecie. Rozumiem też, że takie programy muszą być wypełnione prostymi emocjami i rozwiązaniami, by oglądanie nie wymagała żadnego wysiłku intelektualnego. Ale nie rozumiem, jak można dopuścić, by jedna matka arbitralnie uznała, że inna nie powinna wychowywać dzieci. Nie lubię, gdy ludzie są zapatrzeni w siebie i nie próbują dostrzec inności i różnorodności metod, zaciekawić się nimi i spróbować o tym porozmawiać. A uczestniczki ewidentnie wybierane były pod kątem bezkrytycznego uwielbienia swoich działań, co jedna, pod koniec programu, skwitowała zdaniem - wiem, że nie chce od Was niczego przejąć. Smutne, bo wzajemne uczenie się, podglądanie powinno dawać nam powód do refleksji nad naszymi działaniami.

Po wtóre - oglądając program cały czas zastanawiałam się, gdzie są ojcowie. Niby każda z kobiet (albo prawie) pracuje również zawodowo, ale z relacji z dziećmi, realizacji codziennych obowiązków, wychodzi na to, że domem i dziećmi zajmują się tylko one! Ktoś może powiedzieć, że to efekt formuły programu - w końcu to o mamach, a nie o tatach czy rodzicach w ogólności, ale dla mnie to potwierdzenie, że cały dom na ogół spada na głowę kobiety. I telewizja, mieniąca się nowoczesną, zamiast z tym walczyć, pokazywać nowe wzorce, ugruntowuje stary system. Ale czego oczekiwać od stacji, której jednym ze sztandarowych programów jest "Perfekcyjna pani domu", której wkładem w związek jest czyste mieszkanie.

Po trzecie - jak się tak przyjrzeć metodom matek biorących udział w programie, nie różnią się aż tak bardzo metodami - jedne nieco więcej wymagają od dzieci, jeśli chodzi o roboty domowe, inne zapewniają więcej rozrywek, ale co jest wspólne - bardzo kochają swoje dzieci i troszczą się o nie, najlepiej jak potrafią. Więc po co się porównywać? Pewnie po to by zdobyć główną nagrodę - 10000 zł na wakacje. Łakomy kąsek, ale czy skusiłabym się by najpierw obedrzeć się z prywatności, a następnie wziąć udział w polowaniu na pozostałe uczestniczki - nie, na pewno nie. Ale zawsze się tacy znajdą, tak jak znajdzie się dla nich widownia. Czy ja się do tych ostatnich przyłączę - raczej nie, pierwszy odcinek nie przekonał mnie formułą, nie zaciekawił tematem i wkurzył wyżej wymienionymi argumentami. Ale może jeszcze wrócę do niego w jakimś innym wpisie, jak przyjdą mi do głowy nowe refleksje.

A na koniec - Łucja w poniedziałek skończyła osiem miesięcy i po raz pierwszy sama stanęła! A dzisiaj doskonaliła tę sztukę, wspinając się przy pomocy każdej pionowej "okazji". Jejku, to ona zaraz będzie chodzić?



ps. po #icebucketchallenge, nową zabawą internetową jest wymienianie dziesięciu książek, które najbardziej wpłynęły na nasze życie. Od kilku dni zastanawiam się nad swoją listą - Łucka jeszcze się nie przyłączy, ale może ktoś z czytających tego bloga jest chętny?

wtorek, 9 września 2014

Łucja nie chce spać

Pierwszy raz od narodzin Łucji, przez głowę przeszły mi mordercze myśli. Co więcej, nie sądziłam, że wyobraźnia podpowie mi aż tak sugestywne obrazy, co zrobić z tym małym, wrzeszczącym Dziabagiem. Niby słyszałam, że i inni rodzice miewają takie chwile, ale dotąd moje dziecko aż tak mi skórę nie zaszło. Aż do środowego wieczoru.

O co chodziło? O wieczorne usypanie. Zgodnie z poleceniami wielu poradników, zajmujących się tematyką pomocową dla młodych rodziców, aby dziecko ładnie szło spać, należy wprowadzić wieczorne rytuały. Tak też w poprzednia środę, Łucja została umyta, przebrana w piżamkę, dostała butlę z większą ilością mleczka, aby wystarczyło jej na całą noc i ... za nic na świecie nie chciała spać. Zazwyczaj po takich działaniach, chwili noszenia i tulenia, dziecko zasypia. Dla pewności, w tle lecą kołysanki, w okolicach 4-5 dziecko śpi już twardo, a my około 20.30 mamy wieczór dla siebie. Nie tego dnia. Najpierw zaczęła sięgać po okoliczne przedmioty, w tym piloty, komórki i długopisy, potem radośnie pokrzykiwać kiedy próbowaliśmy ją położyć do łóżeczka. Na nic nie zdawało się śpiewanie z Grzegorzem Turnauem i Magdą Umer (radość), noszenie (płacz), przystawianie do piersi (siadanie i machanie rączkami). Po szesnastu kołysankach, uznaliśmy, że nie ma co dalej jej usypiać, skoro nie jest śpiąca. Była prawie 21. Po kolejnej godzinie, podczas której dalej interesowało ją siedzenie na rękach, szarpanie psiej sierści, szukanie czym może się pobawić, zaczęła wreszcie trzeć oczka! I ryczeć! Nagle zrobiła się tak zmęczona, że już nie mogła ot, tak zasnąć. Czterdzieści minut później - kiedy ją odkładałam - na zegarze była 22.38! Z wieczora nic nie zostało, poza moim wkurzeniem i totalnym zmęczeniem. 

Ale to nie koniec - następnego dnia obudziła się o 4.40! Dominik dzięki naszemu maleństwu nie nastawia już budzika, czasem nawet jest jednym z pierwszych w robocie. A Łucja - jak się zmęczy, to w dzień odsypia. Ale nauczona doświadczeniem, nie pozwalam jej spać więcej niż dwie godzinki (nie wliczam w to porannej drzemki - bo pobudka przed piątą, szybko zamieniła się w kolejną drzemkę, tym razem do 7.30). I tak mam gwarancję, że o 20.30 po 3K (kąpiel, kolacja, kołysanka) pójdzie spać.

Dziabąg odsypia ciężką noc ;)
ps. W okolicy łóżeczka Łucji, wprost na wyciągnięcie jej małych łapek, stoją książki. Łucja upodobała sobie zwłaszcza jedną - "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego. Czy nie za szybko na tak ambitną lekturę? ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Złapał katar pannę Łucyję

No i stało się. Jeszcze dwa tygodnie temu mówiłam, że mam szczęście, bo dziecko ani razu od narodzin mi na nic nie zachorowało. Ale przyszła jesień - jeszcze nie w kalendarzu, ale za oknem już tak, mocniej zawiało i pierwsze w życiu przeziębienie złapane.

Pierwsze symptomy były w nocy z soboty na niedzielę - kręciła się całą noc po łóżeczku, nieco chrapała, ciągle się budziła. Kolejnego dnia było pewne - to katar.

Chore dziecko, to przede wszystkim marudne dziecko. Niech ktoś spróbuje ruchliwemu ośmiomiesięcznemu dziecku wyczyścić nos. Lub choćby przetrzeć, by nie siedziała zasmarkana. Powodzenia, bo niby małe to to, ale rączki, poruszając się szybko jak skrzydła w wiatraku, potrafią z ogromną precyzją odtrącić chusteczkę, nie mówiąc już o aspiratorze. A kiedy już uda Ci się ominąć młyn i wytrzeć nos, musisz nastawić się na gwałtowną i bardzo głośną reakcję histeryczną. Po prostu super.

W sumie to i tak nie mam na co narzekać. Jak dotąd (odpukać!) lejący się nos i chrapanie w nocy to jedyne niedogodności. Apetyt i chęć do zabawy pozostały na tym samym poziomie, może więcej Dziabąg śpi. W każdym razie na wszelki wypadek nie poszłam dzisiaj na spacer - trochę za mocno wiało, a w taką pogodę nie wiadomo czy bardziej ubrać (wieje) czy jednak nieco rozpiąć (słońce wciąż przygrzewa mocno). Obstawiam, że właśnie takiego dnia - a nie brakowało ich w ciągu ostatnich dwóch tygodni - Łucka złapała wirusa nieżytu nosa. W każdym razie w najgorszym wypadku za siedem dni będzie (całkiem) zdrowa :)

Dowód na to, że jak się wytrze nos, można bawić się w spokoju :)

sobota, 30 sierpnia 2014

Książki dla dziecka

Każdy kto u nas był, wie że mamy świra na punkcie książek. Nie jest tak (niestety), że wszystkie widoczne na półkach woluminy zostały przez nas przeczytane, choć mamy takie mocne postanowienie. Jak by tak oszacować, to każde z nas przeczytało połowę posiadanych przez nas książek, ale zbiory te są mają tylko niewielką część wspólną, czyli przeczytane zostało 3/4 z dostępnych na naszych półkach lektur. Tyle statystyki.

Jak zaszłam w ciążę stało się dla mnie oczywiste, że powstanie kolejna półka - książki Łucji. Moje wrodzone poczucie kontroli uznało też, że dopóki dziecko nie zacznie się buntować, my będziemy wybierać jej lektury. Wiem jak to zabrzmiało. By jednak uprzedzić chęć wyłączenia strony i niedoczytania wpisu, wyjaśniam o co mi chodzi.

Każdy, kto kupuje książki dla swojego lub cudzego dziecka, dobrze wie, jak ciężko znaleźć coś wartościowego. Dlatego najlepszym sposobem jest zwrócenie się ku klasyce, książkom, które pamiętamy ze swojego dzieciństwa. Do głowy przychodzą więc takie nazwiska jak Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Wanda Chotomska, Maria Konopnicka, Ewa Szelburg - Zarembina, Ludwik Jerzy Kern, Joanna Papuzińska. Lista niby gotowa, ale wystarczy zawędrować do działu dziecięcego dowolnej księgarni, by dowiedzieć się że to wcale nie jest takie proste. Klasyków wydaje prawie każde wydawnictwo, ale nie jest tak, że niezależnie co się chwyci, dostaje się porównywalny produkt.

Łucja wyspana, oczekuje na porcje zabawy i dobrej lektury
Pierwszą barierą jest sposób wydania, a zwłaszcza część graficzna. Jak przegląda się dostępne na rynku książeczki, od razu widać, że co niektórzy wydawcy uznają, że odbiorca będzie totalnym analfabeta estetycznym i łyknie nawet najgorszą grafikę. Bo przecież książka to słowo, a rysunek jest tylko uzupełnieniem. A przecież rodzicowi powinno zależeć (mi zależy), by dziecko nie tylko poznawało najpopularniejsze teksty naszej kultury, ale i stykało się z ilustracjami, które będą od najmłodszych lat wzbudzać w dziecku poczucie estetyki. By odróżniało ładne od brzydkiego, kicz od rzeczy wartościowych i ciekawych. By potem po nocy nie wieszało na kolanie wyprodukowanego baneru na płocie odgradzającym tory kolejowe od drogi - któregoś dnia byłam świadkiem takiej sceny za oknem. Jedną z teorii, która mówi dlaczego w naszym kraju jest tak brzydko - buduje się bez ładu, wiesza się reklamy, bo jakoś trzeba się zareklamować i nie ściąga ich, jak po roku wiszą stargane wiatrem i deszczem resztki, jest właśnie brak wychowania estetycznego, macosze traktowanie wychowania plastycznego oraz zapewne, koszmarne zabawki, ilustracje i kreskówki.

Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę, to wybór tekstów. Ja osobiście szukam moich ulubionych wierszy z dzieciństwa (ciekawe jest to, że jeszcze niedawno o niektórych zupełnie zapomniałam). W przypadku gdy nie znam tekstów, czytam je i zastanawiam się czy to, co napisał autor ma sens i czy na pewno chce to czytać Łucji. Nie interesują mnie utwory w których mama gotuje i się na niczym nie zna, córka jej pomaga, a tatuś z synkiem eksplorują świat. Chce przekazać Łucji poczucie, że będąc dziewczynką, potem kobietą nie jest skazana na bycie tłem dla świata mężczyzn. W tym aspekcie jest sporo do zrobienia, bo niestety ciągle książeczki dla dzieci mają wyraźny podział płciowy - dziewczynki marzą o byciu modelką czy piosenkarka, a chłopiec naukowcem czy prezydentem.

I na koniec - cena. No, niestety - te najlepiej wydane, z dobrze wybranym tekstem, ładnie złożone, na ogół na pięknym papierze, kosztują więcej. Myślę jednak, że lepiej kupić na raz jedną fajną i wartościową książkę, niż kilka, których lektura irytuje, kłuje w oczy koszmarnymi ilustracjami i ogólnie wywołuje nie najlepsze uczucia. Ja tak robię i jak dotąd dorobiłam się trzech (tylko) książek - szukanie zajmuje sporo czasu. Taka metoda skazuje też na kupowanie (lub choćby przeglądanie) na "żywo" w księgarni - internet oferuje na ogół podgląd okładki, ew. jednej-dwóch stron, więc ciężko wyrobić sobie zdanie o książce widocznej na ekranie komputera.

Żeby nie być gołosłowna, przedstawiam książki, które zakupiłam ostatnimi czasy dla Łucji. Pierwszą z nich są wiersze Juliana Tuwima, z ilustracjami Macieja Szymanowicza. Ta książka jest moim faworytem, jeśli chodzi o warstwę graficzną. Zresztą jak ogląda się inne prace p. Szymanowicza, odnosi się wrażenie, że taka będzie przyszłość ilustracji, nie tylko dla dzieci.

Fragment Lokomotywy z ilustracjami Macieja Szymanowicza - mój ulubiony, czytany często Łucji,
co widać w prawym dolnym rogu (zagięcia wykonane ręką Dziabąga) 
Kolejną książką są wiersze Wandy Chotomskiej, która zilustrowana została pracami pani Marianny Jagoda-Maduszewskiej. Grafiki zostały świetnie dobrane pod kątem odbiorcy, moim zdaniem przypominają sposób rysowania przez małe dzieci. Ale równocześnie nie są infantylne.

Ten wierszyk zawsze otwiera mi się jako pierwszy, jak tylko sięgam po tę książkę.
Stąd sentyment i prezentacja na blogu.

Na koniec klasyka - wznowione wydanie Wierszy Jana Brzechwy, z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Tą samą książkę czytałam w dzieciństwie, te same obrazki towarzyszyły podczas spotkań z Samochwałą i Sójką, co za morze wybrać się nie może. Cieszę się, że Łucja ma szansę sięgnąć po taką samą książkę, jaką ja pamiętam z mojego dzieciństwa.

Na tym przykładzie widać jak przez ostatnie dekady zmienił się sposób ilustrowania książek.
Mam wrażenie, że kiedyś nie było podziału na grafikę dla dzieci i dorosłych, były po prostu ilustracje.
Na razie to wszystko na ten temat. Jak dorobię się większej kolekcji, podzielę się zdobyczami na blogu. A może ktoś napisze mi jakie książki poleca dla dzieci? Byłoby mi bardzo miło. Chętnie bym się im przyjrzała, a po ewentualnym zakupie, opisała w przyszłości.

ps. Zdjęcia wybranych stron zrobiłam moja komórką, na mojej kanapie. Linki prowadzą do stron wydawnictw opisanych książek oraz do stron, które prezentują większą liczbę prac opisanych przeze mnie ilustratorów.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Dobre wychowanie

Tak jak poprzednio pisałam, Łucja zmieniła swoje przyzwyczajenia dotyczące snu. W ciągu dnia ograniczyła swoje drzemki do dwóch, przez co około 20 jest już zmęczona i idzie spać. Niestety, szybsze położenie się spać równa się szybsza pobudka - tak w okolicach godziny szóstej. 
Tak więc, kiedy ja jeszcze przypominam zombi, Łucja wyspana i w dobrym humorze, otacza się swoimi zabawkami. Na moje szczęście, to jedna z niewielu pór, kiedy Dziabąg potrafi się sama bawić, a ja mogę spokojnie się rozbudzić i czasem  nawet zrobić coś dla siebie. - np. przeczytać jakiś zaległy artykuł ze sterty gazet, które wciąż kupujemy, ale niekoniecznie czytamy.
Ostatnio, w ramach takiego poranka, udało mi się przeczytać artykuł z nie najnowszej już Polityki o braku znajomości zasad dobrego wychowania, savoir-vivre'u w naszym społeczeństwu. Autorka ilustruje to następującym obrazkiem:
Coraz więcej osób widząc to [brak manier-dop.], cierpi na bolesną niestrawność. Ma poczucie niezasłużonej degradacji. I bezradności. Na przykład gdy 12-letnia siostrzenica zjeżdża z kilkudniową wizytą. I odmawia zjedzenia obiadu, bo nie lubi buraczków. Rozbabruje potrawy, paćka talerz, siorbie, ciamka. Każe dziesięć razy wołać się do stołu. Wstaje bez "czy mogę" i "dziękuję". Siedzi niechlujnie, podpiera się, podkula nogi. Nie przychodzi jej do głowy pomóc w nakrywaniu, sprzątaniu, zmywaniu. Nie dziękuje za prezent. Rozczarowana, że nie udało się dostać jakiegoś ciuszka-zachcianki, wrzeszczy i trzaska drzwiami. Wypowiada się o innych (dzieciach i dorosłych): głupek, idiota, kretyn. Nie ma w zwyczaju odpowiadać pełnym zdaniem; poprzestaje na uhm; burczy pod nosem. Bez pytania gasi światło, wzmacnia głos w telewizorze, przełącza kanały. Bez pukania wchodzi do zamkniętego pokoju i toalety. W autobusie miejskim przepycha się, by zająć najlepsze miejsce. Wcina się ze swoimi problemami i uwagami w rozmowę dorosłych. Chichocze, gdy ktoś powie coś, co wyda się jej niedorzeczne; rysuje kółka na czole. Często wydaje się, że w ogóle nie słyszy. Nie patrzy w oczy podczas rozmowy. Jest niewychowana (w: Obuci i obyci, Wilk Ewa, Polityka nr 32 6.08-11.08.2014) 
Po skończeniu artykułu poczułam się jakby przejechał po mnie walec drogowy. Dobre wychowanie, maniery, niby coś oczywistego, a jednak jak przedstawia powyższy przykład, wcale nie są takie oczywiste. Ile razy zdarzyło nam się spotkać z podobnymi reakcjami młodzieży, powiedzieć, że nic się nie stało, kiedy nastolatek/młody człowiek wciął się w zdanie, nie ustąpił miejsca, udał że nie słyszy, gdy się do niego mówi, zwrócił się per Ty do osoby dwa razy od siebie starszej. Chyba jednak się stało, bo w ten sposób daliśmy przyzwolenie na takie zachowanie wobec nie tylko siebie, ale i innych, którzy niekoniecznie zgodzą się, że się nic nie stało.
Dlaczego tak jest? Może dlatego, że sami jesteśmy niewychowani? My, pokolenie, które dorastało już po transformacji ustrojowej, w czasie gdy rodzice zajmowali się odnajdowaniem swojego miejsca w kapitalizmie, a szkoła szukaniem tożsamości, zostaliśmy wychowanie najpierw przez telewizor, potem komputer i internet. A tam  - nowy, wspaniały świat, wypełniony ludźmi, którzy dzięki łokciom, cwaniactwu odnosili sukces (bycie przyzwoitym z każdym rokiem stawało się passe). Dzięki braku znajomości granic łatwiej nam wybaczyć przekraczanie ich u innych.
Czemu o tym piszę? Nie by moralizować - to nie moja rola. Ani by straszyć zagrożeniami świata - wręcz przeciwnie, nie uważam telewizji, komputera czy internetu za źródła zła. Martwi mnie co innego - skoro ja jestem nie wychowana, to jak wychowam moje dziecko? Kiedy będę wiedziała, że to co jej mówię, jest dobre, czy mój przykład należy naśladować, czy wręcz przeciwnie? Niby odpowiedź jest oczywista - kiedy będę traktować innego człowieka z szacunkiem. Ale co znaczy odnosić się do innych z szacunkiem? Być miłym? Oddawać cześć, respekt? Czy coś innego? A jak to przełożyć na życie - jak zgodnie z tą zasadą odnosić się do rodzica, nauczyciela, pracodawcy niby wiadomo, ale wobec sąsiada, pani sprzątającej klatkę czy kasjerki w markecie już niekoniecznie. 

To taka refleksja ze spaceru. Dziś bez zdjęć. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Spać!... mi się chce...

W poniedziałek Dominik wrócił po urlopie do pracy, a ja do codziennej rutyny. Niby nic niezwykłego, ale jak to się mówi, człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego i powrót do gorszej sytuacji bywa czasem trudny. 

Przez ostatnie dwa tygodnie Łucja nauczyła się chodzić spać około 20.30 i wstawać o 6. Sytuacja z jednej strony dobra - mamy wieczory dla siebie, ale niestety rano dziecko nie uznaje argumentu, że rodzice chcieliby jeszcze pospać. Trzeba wstać i zająć się małą -  nie ma wyjścia. I (klnąc w duchu) wstaję, uśmiechając się do mojego gotowego na poranne harce, Dziabąga. Kiedy Łucja oddaje się zabawie, wspominam urlop mojego męża. Poranną opiekę dzieliliśmy między siebie i dzięki temu zabiegowi oboje byliśmy wyspani, a Łucja cały czas była na oku któregoś z nas. Ja pełniłam pierwszą wartę  - między 6 a 7.30, potem na służbę stawiał się Dominik, by o 9 odłożyć małą na drzemkę. W tym czasie ja szłam spać i dzięki tej drzemce niestraszny był dla mnie kolejny dzień.

Od poniedziałku zostałam sama. I mimo, że ledwie upłynęły cztery dni, już nie mam siły. Pewniej łatwiej by mi było, gdyby pogoda pozwoliła mi łagodnie przejść w stan normalności, ale nie, musiała się jak na złość, popsuć. Do tego Łucja weszła w fazę kryzysu ósmego miesiąca, zwanego też lekiem separacyjnym - jak wychodzę do łazienki drze się wniebogłosy i płacze rzewnie, jakbym ją opuszczała na zawsze. Przygotowanie posiłku jest jeszcze trudniejsze, bo zajmuje więcej czasu. Muszę co chwila przerywać i przychodzić do pokoju, pokazać się, bo inaczej dziecko wpada w histerię (choć czasem zastanawiam się czy nie tęskni do tatusia, bo jak Dominik wraca humor się jej poprawia - bywam zazdrosna). Bawić też jakoś się ostatnio nie chce - szybko się nudzi zabawkami, chce być noszona (z góry chyba lepiej wszystko widać). Na spacerach siedzenie w wózku też nie jest ciekawe - minimum kilka ścieżek w parku musi obejrzeć z wysokości moich ramion, a nie wózka. Dlatego ostatnio z niecierpliwością oczekuję jej drzemek - rano mogę wreszcie wypić herbatę, po południu zrobić coś w domu. Potem wyczekuję już tylko męża, by mnie chociaż na parę chwil uwolnił od tej małej marudki. 

Wczesne wstawanie ma też zalety - mam wreszcie trochę czasu na lekturę gazet. Jeden artykuł zainspirował mnie do napisania tekstu (w trakcie). Wróciłam również do porannego słuchania radia. Oczywiście gdybym mogła decydować, bez wahania bym pospała dłużej, bo jestem typem sowy, nie skowronka. I przez to też, mimo porannych pobudek, nie potrafię szybko iść spać, siedzę do późna i kółko się zamyka - śpię coraz krócej. Ale do soboty już niedaleko, wtedy znów podzielę się porankiem z Dominikiem i nieco odeśpię :)

Na koniec, zdjęcia - wspomnienia z urlopu. Pojechaliśmy jednego dnia na plażę do Pucka (polecam wszystkim rodzicom z małymi dziećmi - idzie się i idzie w głąb zatoki, a wciąż woda tylko do kolan). Łucja po raz pierwszy widziała morze, popluskała się w nim, posiedziała na plaży i pogrzebała w piasku. Porównując aurę ze zdjęć z tym co widać przez okno, jest mi smutno, bo mam poczucie, że chyba lato się już skończyło.


ps. Łucja ma kuzyna - Samuela :), jak dotąd pierwszego i jedynego - gratulacje dla Marty i Bartka. Mam nadzieję, że za kilka dni Dziabąg pozna go osobiście i jeśli rodzice się zgodzą, zdjęcie z wizyty pojawi się na blogu. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Łucja i kuzynostwo

Pamiętam, że jak zaszłam w ciążę, jedną z moich obaw względem przyszłości, było to że Łucja nie będzie miała się z kim bawić. To znaczy zanim nie pójdzie do przedszkola. Obawy były uzasadnione, bo w rodzinie - po obu stronach - były same starsze kuzynki. A różnica wieku 3-4 lat, mimo wrażenia, na początku życia jest znaczna. 

W okolicach narodzin Łucji przestało mnie to dręczyć. Okazało się, że moja Dziabągini nie będzie najmłodszą członkinią rodziny. Najpierw przyszła wiadomość, że Kamila - moja siostra jest w ciąży, chwilę potem podobna wiadomość wyszła od mojej szwagierki Marty. Kamień spadł mi z serca. 

Teraz czekałam tylko na informację o płci. Oczywiście, znając historię rodziny, spodziewałam się, że będą to dwie kuzynki. Okazało się, że będzie inaczej. I dzisiaj myślę, że lepiej - bo nie ma nic fajniejszego niż mieć w tym samym wieku kuzyna i kuzynkę, razem przechodzić te same etapy w przedszkolach, szkole, zdawać i omawiać te same egzaminy. 

Kuzynostwo obojga płci ma jeszcze jedną zaletę - Łucja będzie miała szansę poznać smak zabaw zarówno typowo dziewczęcych, jak i chłopięcych. Myślę, że wpłynie to dobrze na obie strony, gdyż uświadomi iż samochodziki i chodzenie po drzewach nie jest jedynie domeną chłopców, a lalkami dobrze bawić się mogą również chłopcy. 

Dzisiaj już się nie martwię o towarzystwo dla mojej córki. Bo nie tylko w rodzinie obrodziło dziećmi. Również w moim bloku. W ciągu ostatniego miesiąca urodziły się dwie dziewczynki, które za rok-dwa będą koleżankami Łucji z klatki i podwórka. A jeśli doda się te kilkoro dzieci z okolicznych bloków, których rodziców mijam codziennie na spacerach, to szykuje się spora banda dzieciaków. Czyżby mijał kryzys demograficzny? 

Tym wpisem witam na świecie Helenkę, moją siostrzenicę i kuzynkę Łucji. I czekamy na kuzyna - Samuela, który zapewne w ciągu miesiąca dołączy do rodziny.

Tutaj lansuję się z moją siostrzenicą ;)

Łucja z ciocią i kuzynkami - starszą Tolą i maleńką Helenką,
przy której aż ciężko uwierzyć, że siedem miesięcy temu Łucja
też była taka malutka 



czwartek, 7 sierpnia 2014

Jeśli chcesz podnieść sobie ciśnienie, zamiast kawy, włącz forum internetowe

Chodząc na spacery z Łucją, na ogół codziennie odprawiam ten sam rytuał - najpierw idę przez miasto, na początku deptaku włączam audiobook ("Narrenturm":) ), by ze słuchawkami w uszach dojść do parku. Jak dobrze pójdzie, to tuż przed bramą parku, mój Dziabąg zasypia, więc przed drugą częścią spaceru siadam na jednej z ławeczek i sprawdzam, co się dzieje na świecie. Niestety, wraz ze smartfonem i dużym pakietem danych, dorobiłam się uzależnienia od poczty elektronicznej, facebooka i wiadomości ze świata. Dlatego ta przerwa jest mi potrzebna, by nie stracić przez dwie godziny spaceru łączności ze światem. No i raz takie sprawdzanie newsów przypłaciłam gwałtownym skokiem ciśnienia i wściekłością, którą rozchodziłam dopiero po dwóch kolejnych godzinach bardzo szybkiego spaceru.

O co chodziło? Na facebooku, pod jedną z polubionych przeze mnie stron o macierzyństwie, rozgorzał spór na temat - czy cesarskie cięcie powinno być na życzenie. Krew wzburzyła mi wypowiedź jednej kobiety, która arbitralnie orzekła, że każda kobieta, która miała cesarkę na życzenie, a pewnie do tego jeszcze nie chciała karmić piersią (bo oczywiście to idzie w parze - sic!), nie powinna być matką, bo się do tego nie nadaje! Nie ważne dla autorki posta były uczucia, którymi matka obdarza swoje dziecko - bo przecież czynami im zaprzeczyła, ot - wyrodna matka. Po przeczytaniu tej wypowiedzi, pożałowałam, że włączyłam internet. Nigdy wcześniej, ani potem nie spacerowałam tak dziarsko po parku, zwiedzając coraz to nowe zakątki, a i tak by ochłonąć potrzebowałam jeszcze kilku dodatkowych godzin.

Dlaczego o tym piszę? Bo nie cierpię radykalizmów. Nie ma nic gorszego, jak mówienie innym, że ja wiem jak najlepiej żyć i kto się ze mną nie zgadza, jest głupi, zły, hołduje nie tej stronie co trzeba. Nie chcę się odnosić na tym blogu do sporów światopoglądowych, które obecne są w debacie publicznej, bo to nie to miejsce. Nie dlatego, że nie chcę ujawniać swoich poglądów (kto mnie zna, wie jakie są), ale dlatego, że pisanie publicystyczne mi nie wyszło, a pisanie o tematach około dziecięcych nawet idzie. A w tym przypadku chodzi właśnie o dyskusje, co jest najlepsze dla dziecka.

Blogi, fora i strony dla młodych rodziców wypełnione są wpisami ludzi, którzy "wiedzą lepiej". Z kategorycznymi wypowiedziami stykają się już kobiety w ciąży, potem jest tylko gorzej. Bardzo często (jak to bywa w polskim internecie) kolejne wpisy stają się coraz bardziej sarkastyczne, złośliwe, a nawet obraźliwe. Szukanie informacji w tym morzu frustracji często jest niemożliwe, a co więcej dołujące i wkurzające (jak moja przygoda na spacerze).

Jakie są najczęstsze fronty wojen między młodymi mamami (ojcowie rzadziej się wypowiadają)? W okresie ciąży to przede wszystkim dwa zagadnienia:

  • poród naturalny czy ze znieczuleniem
  • poród czy cesarskie cięcie

Potem, kiedy dziecko jest już na świecie i szuka się informacji, bardzo często pośrednio dostaje się obuchem, czytaj wypowiedzi na poniższe tematy:

  • karmienie piersią a karmienie butelką
  • czy jeść wszystko podczas karmienia piersią czy tylko produkty z restrykcyjnie krótkiej listy
  • szczepić dziecko czy nie
  • gotować samemu obiadki czy kupować słoiczki
  • reagować od razu na płacz dziecka czy "nie dać się manipulować"
  • zostać z dzieckiem w domu do czasu przedszkola czy wrócić do pracy
  • jeśli już wróci się do pracy, oddać do żłobka czy zatrudnić nianię
W większości są to trudne tematy i nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co jest lepsze (no, może poza szczepieniami - szczepić - koniecznie!). Różne są okoliczności, potrzeby, sytuacje i dlatego kategoryczne mówienie, że coś jest czarne lub białe, świadczy tylko o fanatyzmie osoby mówiącej. I braku wiary, że każda myśląca istota jest w stanie podjąć decyzję, najlepszą dla siebie i swojego dziecka. Cieszę się, że wokół mnie nie ma takich ludzi, co pozwala mi cieszyć się rodzicielstwem na mój sposób. A on często balansuje pomiędzy obiema stronami internetowego sporu.

To tyle na dzisiaj. W kolejnym wpisie znajdzie się miejsce nie tylko dla Łucji :) Póki co, dzisiejszy wpis kończę zdjęciem mojej śpiącej królewny (piszę późno, więc ilustracja dobrana została do pory). Zasnęła w samochodzie, podczas bawienia się zabawką :)