poniedziałek, 29 grudnia 2014

Na marginesie dyskusji o brudnym pampersie

Od wczoraj po sieci krąży felieton Agnieszki Kublik (Gazeta Wyborcza), o tym że podczas wizyty w restauracji miała nieprzyjemność oglądać, jak siedząca naprzeciwko niej matka zmieniła pampersa rocznemu dziecku przy stole. Autorka oburzona, w emocjonalnym tonie opisuje, jak wyobrażała sobie zawartość pieluchy i zapach, który będzie unosił sie w łazience, jako wspomnienie tego zdarzenia. Ewidentne, cała ta sytuacja zepsuła jej wieczór ze znajomymi, skoro postanowiła o tym, co zobaczyła, podzielić sie z cała Polską. A ta szybko zareagowała, co można od wczoraj przeczytać i posłuchać w tysiącach komentarzy, artykułów, wpisów na blogach, a nawet dyskusji w programie "Dwie Prawdy"(TVN24). 

Komentujący zasadniczo podzielily się na dwa obozy - przywołujących ubiegłoroczna dyskusję o wózkowych i ogólnie opisujący rodziców, jako roszczeniowo-wywyższającą się grupę (niestety, większość pomyj rozlała sie głównie na matki), oraz na tych, którzy bronią praw rodziców do wychodzenia z domu z dziećmi, korzystania z miejsc publicznych na równi z bezdzietnymi. 

Pierwsza grupa, w dużej mierze bezdzietni lub z odchowanymi dziećmi, postulują, żeby posiadając dziecko...wstrzymać się od pojawiania się w miejscach publicznych, bo chcą mieć święty spokój i spokojnie zjeść. Bo dzieci mogą płakać, biegać, czasem i krzykną, matka zechce je nakarmić piersią przy stole, a nie, o zgrozo, w toalecie, a co najgorsze, takie rozwrzeszczane maleństwo może zrobić kupę. OK, rozumiem, nie powinno si∂ę zmieniać pieluchy przy stole, zwłaszcza, jeśli obok ktoś je i taki widok jest niesmaczny. Ale gdy nie ma przebieraka, to co zrobić? Ja na ogół w takiej sytuacji przebieram dziecko w samochodzie lub szybko zbieram się do domu, by nie psuć innym kolacji. Jednak, dla kogoś może to być przystanek w podróży i co ma zrobić, kiedy restauracja nie zamontowała, choćby składanego przebieraka w toalecie (serio, zmieści się takie cudo nawet w najmniejszej toalecie).

Nie chcę też bronić opisanej w felietonie kobiety, bo może zrobiła to bezwiednie, po raz kolejny, gdy nikt nie zwrócił jej uwagi. Może teraz się zastanowi i poszuka innego sposobu na zmianę pieluszki. Może. A może nie, dając kolejne argumenty zwolennikom teorii o wózkowych - matkach uważających, że skoro urodziły dziecko, wszystko mogą i wszystko im się należy. Niestety, w argumentacji przeciwników pojawiania się rodziców z dziećmi w strefach publicznych, widzę jeden słaby punkt - uogólnienie. 

Powiem tak, jeśli ktoś twierdzi, że każda matka to wózkowa, to tak jakby twierdził, że każdy programista to brodacz. Bo i matki zwane pejoratywnie wózkowymi pojawiają się na naszych ulicach (sama kilka takich spotkałam), jak i każdy pewnie zna brodatego programistę. Ale błędne jest wyciąganie z tego faktu wniosku, ze każda matka jest roszczeniowa, a każdy pracujący w IT powinien zapuścić brodę. Absurd, ale bardzo mocno odciskającego piętno na dyskutujących w sprawie.

Tak naprawdę, ustosunkowałam się do tego felietonu z jednego powodu. Jeśli czytasz to i jesteś bezdzietny/a, a w miejscach publicznych przeszkadzają ci dzieci, to wiedz jedno, szybko może sie okazać, że znalazłeś sie po drugiej stronie barykady i marzysz tylko o tym, by zjeść coś na mieście, ale nie udało ci sie komuś podrzucić dziecka. Zostaje ci albo zostać (znowu) w domu albo wziąć dziecko ze sobą. I modlić sie, by w restauracji był przebierak, by dziecko za bardzo nie płakało, by jakaś felietonistka nie postanowiła z twojego przykładu zrobić tematu do kolejnego tekstu.

wtorek, 16 grudnia 2014

Bułeczki, karteczki i pierniczki czyli coraz bliżej święta

W poprzedni wtorek słuchałam w radiu audycji "Matka Polka-Feministka". Tematem przewodnim było pytanie, czy można zabierać dziecko na koncerty/wydarzenia kierowane do dorosłych. Jednak bardziej zainteresowało mnie o kim opowiadała bohaterka reportażu. Mówiła mianowicie o swojej córce Łucji, którą zabrała na koncert szwedzkiego chóru odwiedzającego Warszawę z okazji obchodów dnia św. Łucji. Oraz innych, kultywowanych przez nią od narodzin córki tradycjom (szwedzkim) związanym z imieniem Łucja.

Co niektórzy wiedzą, że imię Łucja wybraliśmy po części dlatego, że kojarzyło się nam ono właśnie ze Szwecją, krajem który lubimy odwiedzać, który nas fascynuje (i który mimo, że jest protestancki czci świętą*). Z reportażu dowiedziałam się, że 13 grudnia - w dzień św. Łucji, Szwedzi pieką szafranowe bułeczki drożdżowe z rodzynkami, które mają nawiązywać do historii św. Łucji - wczesnochrześcijańskiej męczennicy, która wyłupiła sobie oczy, by uniknąć ślubu z Rzymianinem, a następnie została ścięta. Owe rodzynki na bułeczce symbolizują oczy św. Łucji, które wg legendy w chwili śmierci "wróciły na miejsce".

Wracając do tego co usłyszałam w radio, uznałam, że upieczenie bułeczek to fantastyczny pomysł, zwłaszcza że 13 grudnia wypadał w tym roku w sobotę. Mogłam spokojnie wszystko przygotować w czasie, gdy Dominik zajmował sie Łucją. Ciasto wyrabiałam dwukrotnie (ok, nie ja, maszyna :)), bo za pierwszym razem zapomniałam dodać drożdży. Kiedy w końcu sie udało, bułeczki zostały upieczone, stwierdziłam, że i my będziemy co roku kultywować tę, związana z imieniem mojej córki, tradycję. Zwłaszcza, że Łucji smakowało. Jakby ktoś był zainteresowany, przepis wzięłam z tej strony.

Łucka wcina bułeczkę swojego imienia ;)
Poza bułeczkami, mój weekend wypełniły inne, przedświąteczne prace. Zaszalałam i przygotowałam wszystkie kartki do wysłania i rozdania oraz udekorowalam pierniczki (powiedzmy ;)), które na to czekały od końca listopada (wtedy były pieczone). Skoro wszyscy chwalą sie dziełami rąk swoich, pozwolę sobie na to i ja :)

27 kartek i każda inna :)

*no, dobra - nie do końca, jeśli ktoś jest ciekawy, jak z tą tradycją św. Łucji jest naprawdę w Szwecji odsyłam do ciekawego wpisu, który znalazłam szykując ten post - tu

wtorek, 9 grudnia 2014

Łucja lubi wybór

Mniej więcej dwa tygodnie temu postanowiłam, ze czas najwyższy skończyć ze słoiczkami i przestawić Łuckę na "normalne jedzenie". Decyzja ta nie była podyktowana finansami - Łucji jeden słoiczek starczał na dwa dni, chodziło mi raczej o przyzwyczajanie dziecka do jedzenia o normalnej konsystencji, nie w formie papki. 
Postanowiłam skorzystać z modnej ostatnio metody karmienia dzieci, która w ostatniej wersji schematu rozszerzania diety, zaaprobowana została przez ekspertów zajmujących się żywieniem dzieci. Chodzi mi mianowicie o BLW - baby led-weaning, na polski kreatywnie przetłumaczony jako Bobas Lubi Wybór
Łucja wciąga ryż z pstrągiem łososiowym i cukinią

O co w tym chodzi? W wielkim skrócie (bo stron i blogów o samym BLW jest bardzo dużo i każdy może sprawdzić szczegóły), w metodzie chodzi o to, żeby od początku dawać dziecku jedzenie nie w formie papek i puree, tylko w "naturalnej" postaci - kawałków ugotowanego mięsa, różyczek brokuła czy kalafiora kulek z kaszy lub ryżu itp. Według autorek książki Bobas Lubi Wybór, całe rozszerzanie diety można oprzeć o tę metodę, oczywiście dopiero wtedy gdy dziecko już stabilnie siedzi i zaczyna chwytać i brać do buzi wszystko co znajdzie na swojej drodze. 
Ja aż tak hurraoptymistycznie nie byłam nastawiona do tego sposobu karmienia. Bałam się zaksztuszenia, zwłaszcza w czasie gdy zębów jeszcze nie było, a nawet wtedy gdy już dwa pierwsze pojawiły sie w buzi. Pierwsze próby zastosowania metody podjęłam w okolicach ósmego miesiąca, kiedy uznałam, że słoiczkowe desery mogę zastąpić świetnymi, jesiennymi owocami. Łucja jednego dnia dostała do łapki kawałek jabłka, kolejnego gruszki i ku mojemu zdziwieniu poradziła sobie z nimi wyśmienicie, nie krztusząc się, co najwyżej brudząc siebie i okolice (bałagan zresztą uważany jest za jedyną wadę całej tej zabawy). 

Co tam rybka, co tam ryż, ja na warzywa mam ochotę dziś :)

Od tamtego czasu Dziabągini praktycznie przy każdym posiłku, dostawała coś, co mogła wziąć sama z tacki i włożyć samodzielnie do buzi. Na ogół były to warzywa - brokuły, kalafior, marchew, pietruszka, ziemniaki, dynia, czasem makaron, rożne kasze, ryż, a nawet kawałek mięsa czy ryby. Zaczęłam tak przygotowywać jedzenie, by zawsze coś było dla Łucji. Ostatnio przyszedł czas na pełne posiłki i pożegnanie się ze słoiczkami (czasem jeszcze z nich skorzystam, bo od czasu do czasu mamy ochotę na coś ostrego, a to nie jest jedzenie dla dziecka).

Jajo

Metoda BLW ma jeszcze jedna zaletę, zresztą zawartą w polskiej nazwie. Przed dzieckiem kładzie się kilka elementów obiadu- np. troszkę ryżu, kawałek mięsa, różyczkę brokuła i słupek marchewki. Dziecko wybiera to, na co ma największą ochotę, samo reguluje ile chce zjeść, jak jest już najedzone, po prostu przestaje jeść (to moment, gdy warto wyjąc dziecko z krzesełka, bo pozostałości z tacki zaczynaja latać po pokoju). To dobry sposób na kształtowanie odróżniania poczucia sytości od głodu. A także daje szanse dziecku spróbować rożnych smaków, co może w przyszłości zaowocować otwartością na nowe produkty i nie wybrzydzanie na to, co znajdzie na talerzu. Przynajmniej o takich zaletach można usłyszeć od propagatorów tej metody. Czas pokaże, czy przyłączę się do chóru.

Zdjęcie ruszone, bo Łucja robi się coraz szybsza i cięzko uchwycić jak biega za pchaczem