sobota, 30 sierpnia 2014

Książki dla dziecka

Każdy kto u nas był, wie że mamy świra na punkcie książek. Nie jest tak (niestety), że wszystkie widoczne na półkach woluminy zostały przez nas przeczytane, choć mamy takie mocne postanowienie. Jak by tak oszacować, to każde z nas przeczytało połowę posiadanych przez nas książek, ale zbiory te są mają tylko niewielką część wspólną, czyli przeczytane zostało 3/4 z dostępnych na naszych półkach lektur. Tyle statystyki.

Jak zaszłam w ciążę stało się dla mnie oczywiste, że powstanie kolejna półka - książki Łucji. Moje wrodzone poczucie kontroli uznało też, że dopóki dziecko nie zacznie się buntować, my będziemy wybierać jej lektury. Wiem jak to zabrzmiało. By jednak uprzedzić chęć wyłączenia strony i niedoczytania wpisu, wyjaśniam o co mi chodzi.

Każdy, kto kupuje książki dla swojego lub cudzego dziecka, dobrze wie, jak ciężko znaleźć coś wartościowego. Dlatego najlepszym sposobem jest zwrócenie się ku klasyce, książkom, które pamiętamy ze swojego dzieciństwa. Do głowy przychodzą więc takie nazwiska jak Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Wanda Chotomska, Maria Konopnicka, Ewa Szelburg - Zarembina, Ludwik Jerzy Kern, Joanna Papuzińska. Lista niby gotowa, ale wystarczy zawędrować do działu dziecięcego dowolnej księgarni, by dowiedzieć się że to wcale nie jest takie proste. Klasyków wydaje prawie każde wydawnictwo, ale nie jest tak, że niezależnie co się chwyci, dostaje się porównywalny produkt.

Łucja wyspana, oczekuje na porcje zabawy i dobrej lektury
Pierwszą barierą jest sposób wydania, a zwłaszcza część graficzna. Jak przegląda się dostępne na rynku książeczki, od razu widać, że co niektórzy wydawcy uznają, że odbiorca będzie totalnym analfabeta estetycznym i łyknie nawet najgorszą grafikę. Bo przecież książka to słowo, a rysunek jest tylko uzupełnieniem. A przecież rodzicowi powinno zależeć (mi zależy), by dziecko nie tylko poznawało najpopularniejsze teksty naszej kultury, ale i stykało się z ilustracjami, które będą od najmłodszych lat wzbudzać w dziecku poczucie estetyki. By odróżniało ładne od brzydkiego, kicz od rzeczy wartościowych i ciekawych. By potem po nocy nie wieszało na kolanie wyprodukowanego baneru na płocie odgradzającym tory kolejowe od drogi - któregoś dnia byłam świadkiem takiej sceny za oknem. Jedną z teorii, która mówi dlaczego w naszym kraju jest tak brzydko - buduje się bez ładu, wiesza się reklamy, bo jakoś trzeba się zareklamować i nie ściąga ich, jak po roku wiszą stargane wiatrem i deszczem resztki, jest właśnie brak wychowania estetycznego, macosze traktowanie wychowania plastycznego oraz zapewne, koszmarne zabawki, ilustracje i kreskówki.

Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę, to wybór tekstów. Ja osobiście szukam moich ulubionych wierszy z dzieciństwa (ciekawe jest to, że jeszcze niedawno o niektórych zupełnie zapomniałam). W przypadku gdy nie znam tekstów, czytam je i zastanawiam się czy to, co napisał autor ma sens i czy na pewno chce to czytać Łucji. Nie interesują mnie utwory w których mama gotuje i się na niczym nie zna, córka jej pomaga, a tatuś z synkiem eksplorują świat. Chce przekazać Łucji poczucie, że będąc dziewczynką, potem kobietą nie jest skazana na bycie tłem dla świata mężczyzn. W tym aspekcie jest sporo do zrobienia, bo niestety ciągle książeczki dla dzieci mają wyraźny podział płciowy - dziewczynki marzą o byciu modelką czy piosenkarka, a chłopiec naukowcem czy prezydentem.

I na koniec - cena. No, niestety - te najlepiej wydane, z dobrze wybranym tekstem, ładnie złożone, na ogół na pięknym papierze, kosztują więcej. Myślę jednak, że lepiej kupić na raz jedną fajną i wartościową książkę, niż kilka, których lektura irytuje, kłuje w oczy koszmarnymi ilustracjami i ogólnie wywołuje nie najlepsze uczucia. Ja tak robię i jak dotąd dorobiłam się trzech (tylko) książek - szukanie zajmuje sporo czasu. Taka metoda skazuje też na kupowanie (lub choćby przeglądanie) na "żywo" w księgarni - internet oferuje na ogół podgląd okładki, ew. jednej-dwóch stron, więc ciężko wyrobić sobie zdanie o książce widocznej na ekranie komputera.

Żeby nie być gołosłowna, przedstawiam książki, które zakupiłam ostatnimi czasy dla Łucji. Pierwszą z nich są wiersze Juliana Tuwima, z ilustracjami Macieja Szymanowicza. Ta książka jest moim faworytem, jeśli chodzi o warstwę graficzną. Zresztą jak ogląda się inne prace p. Szymanowicza, odnosi się wrażenie, że taka będzie przyszłość ilustracji, nie tylko dla dzieci.

Fragment Lokomotywy z ilustracjami Macieja Szymanowicza - mój ulubiony, czytany często Łucji,
co widać w prawym dolnym rogu (zagięcia wykonane ręką Dziabąga) 
Kolejną książką są wiersze Wandy Chotomskiej, która zilustrowana została pracami pani Marianny Jagoda-Maduszewskiej. Grafiki zostały świetnie dobrane pod kątem odbiorcy, moim zdaniem przypominają sposób rysowania przez małe dzieci. Ale równocześnie nie są infantylne.

Ten wierszyk zawsze otwiera mi się jako pierwszy, jak tylko sięgam po tę książkę.
Stąd sentyment i prezentacja na blogu.

Na koniec klasyka - wznowione wydanie Wierszy Jana Brzechwy, z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Tą samą książkę czytałam w dzieciństwie, te same obrazki towarzyszyły podczas spotkań z Samochwałą i Sójką, co za morze wybrać się nie może. Cieszę się, że Łucja ma szansę sięgnąć po taką samą książkę, jaką ja pamiętam z mojego dzieciństwa.

Na tym przykładzie widać jak przez ostatnie dekady zmienił się sposób ilustrowania książek.
Mam wrażenie, że kiedyś nie było podziału na grafikę dla dzieci i dorosłych, były po prostu ilustracje.
Na razie to wszystko na ten temat. Jak dorobię się większej kolekcji, podzielę się zdobyczami na blogu. A może ktoś napisze mi jakie książki poleca dla dzieci? Byłoby mi bardzo miło. Chętnie bym się im przyjrzała, a po ewentualnym zakupie, opisała w przyszłości.

ps. Zdjęcia wybranych stron zrobiłam moja komórką, na mojej kanapie. Linki prowadzą do stron wydawnictw opisanych książek oraz do stron, które prezentują większą liczbę prac opisanych przeze mnie ilustratorów.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Dobre wychowanie

Tak jak poprzednio pisałam, Łucja zmieniła swoje przyzwyczajenia dotyczące snu. W ciągu dnia ograniczyła swoje drzemki do dwóch, przez co około 20 jest już zmęczona i idzie spać. Niestety, szybsze położenie się spać równa się szybsza pobudka - tak w okolicach godziny szóstej. 
Tak więc, kiedy ja jeszcze przypominam zombi, Łucja wyspana i w dobrym humorze, otacza się swoimi zabawkami. Na moje szczęście, to jedna z niewielu pór, kiedy Dziabąg potrafi się sama bawić, a ja mogę spokojnie się rozbudzić i czasem  nawet zrobić coś dla siebie. - np. przeczytać jakiś zaległy artykuł ze sterty gazet, które wciąż kupujemy, ale niekoniecznie czytamy.
Ostatnio, w ramach takiego poranka, udało mi się przeczytać artykuł z nie najnowszej już Polityki o braku znajomości zasad dobrego wychowania, savoir-vivre'u w naszym społeczeństwu. Autorka ilustruje to następującym obrazkiem:
Coraz więcej osób widząc to [brak manier-dop.], cierpi na bolesną niestrawność. Ma poczucie niezasłużonej degradacji. I bezradności. Na przykład gdy 12-letnia siostrzenica zjeżdża z kilkudniową wizytą. I odmawia zjedzenia obiadu, bo nie lubi buraczków. Rozbabruje potrawy, paćka talerz, siorbie, ciamka. Każe dziesięć razy wołać się do stołu. Wstaje bez "czy mogę" i "dziękuję". Siedzi niechlujnie, podpiera się, podkula nogi. Nie przychodzi jej do głowy pomóc w nakrywaniu, sprzątaniu, zmywaniu. Nie dziękuje za prezent. Rozczarowana, że nie udało się dostać jakiegoś ciuszka-zachcianki, wrzeszczy i trzaska drzwiami. Wypowiada się o innych (dzieciach i dorosłych): głupek, idiota, kretyn. Nie ma w zwyczaju odpowiadać pełnym zdaniem; poprzestaje na uhm; burczy pod nosem. Bez pytania gasi światło, wzmacnia głos w telewizorze, przełącza kanały. Bez pukania wchodzi do zamkniętego pokoju i toalety. W autobusie miejskim przepycha się, by zająć najlepsze miejsce. Wcina się ze swoimi problemami i uwagami w rozmowę dorosłych. Chichocze, gdy ktoś powie coś, co wyda się jej niedorzeczne; rysuje kółka na czole. Często wydaje się, że w ogóle nie słyszy. Nie patrzy w oczy podczas rozmowy. Jest niewychowana (w: Obuci i obyci, Wilk Ewa, Polityka nr 32 6.08-11.08.2014) 
Po skończeniu artykułu poczułam się jakby przejechał po mnie walec drogowy. Dobre wychowanie, maniery, niby coś oczywistego, a jednak jak przedstawia powyższy przykład, wcale nie są takie oczywiste. Ile razy zdarzyło nam się spotkać z podobnymi reakcjami młodzieży, powiedzieć, że nic się nie stało, kiedy nastolatek/młody człowiek wciął się w zdanie, nie ustąpił miejsca, udał że nie słyszy, gdy się do niego mówi, zwrócił się per Ty do osoby dwa razy od siebie starszej. Chyba jednak się stało, bo w ten sposób daliśmy przyzwolenie na takie zachowanie wobec nie tylko siebie, ale i innych, którzy niekoniecznie zgodzą się, że się nic nie stało.
Dlaczego tak jest? Może dlatego, że sami jesteśmy niewychowani? My, pokolenie, które dorastało już po transformacji ustrojowej, w czasie gdy rodzice zajmowali się odnajdowaniem swojego miejsca w kapitalizmie, a szkoła szukaniem tożsamości, zostaliśmy wychowanie najpierw przez telewizor, potem komputer i internet. A tam  - nowy, wspaniały świat, wypełniony ludźmi, którzy dzięki łokciom, cwaniactwu odnosili sukces (bycie przyzwoitym z każdym rokiem stawało się passe). Dzięki braku znajomości granic łatwiej nam wybaczyć przekraczanie ich u innych.
Czemu o tym piszę? Nie by moralizować - to nie moja rola. Ani by straszyć zagrożeniami świata - wręcz przeciwnie, nie uważam telewizji, komputera czy internetu za źródła zła. Martwi mnie co innego - skoro ja jestem nie wychowana, to jak wychowam moje dziecko? Kiedy będę wiedziała, że to co jej mówię, jest dobre, czy mój przykład należy naśladować, czy wręcz przeciwnie? Niby odpowiedź jest oczywista - kiedy będę traktować innego człowieka z szacunkiem. Ale co znaczy odnosić się do innych z szacunkiem? Być miłym? Oddawać cześć, respekt? Czy coś innego? A jak to przełożyć na życie - jak zgodnie z tą zasadą odnosić się do rodzica, nauczyciela, pracodawcy niby wiadomo, ale wobec sąsiada, pani sprzątającej klatkę czy kasjerki w markecie już niekoniecznie. 

To taka refleksja ze spaceru. Dziś bez zdjęć. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Spać!... mi się chce...

W poniedziałek Dominik wrócił po urlopie do pracy, a ja do codziennej rutyny. Niby nic niezwykłego, ale jak to się mówi, człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego i powrót do gorszej sytuacji bywa czasem trudny. 

Przez ostatnie dwa tygodnie Łucja nauczyła się chodzić spać około 20.30 i wstawać o 6. Sytuacja z jednej strony dobra - mamy wieczory dla siebie, ale niestety rano dziecko nie uznaje argumentu, że rodzice chcieliby jeszcze pospać. Trzeba wstać i zająć się małą -  nie ma wyjścia. I (klnąc w duchu) wstaję, uśmiechając się do mojego gotowego na poranne harce, Dziabąga. Kiedy Łucja oddaje się zabawie, wspominam urlop mojego męża. Poranną opiekę dzieliliśmy między siebie i dzięki temu zabiegowi oboje byliśmy wyspani, a Łucja cały czas była na oku któregoś z nas. Ja pełniłam pierwszą wartę  - między 6 a 7.30, potem na służbę stawiał się Dominik, by o 9 odłożyć małą na drzemkę. W tym czasie ja szłam spać i dzięki tej drzemce niestraszny był dla mnie kolejny dzień.

Od poniedziałku zostałam sama. I mimo, że ledwie upłynęły cztery dni, już nie mam siły. Pewniej łatwiej by mi było, gdyby pogoda pozwoliła mi łagodnie przejść w stan normalności, ale nie, musiała się jak na złość, popsuć. Do tego Łucja weszła w fazę kryzysu ósmego miesiąca, zwanego też lekiem separacyjnym - jak wychodzę do łazienki drze się wniebogłosy i płacze rzewnie, jakbym ją opuszczała na zawsze. Przygotowanie posiłku jest jeszcze trudniejsze, bo zajmuje więcej czasu. Muszę co chwila przerywać i przychodzić do pokoju, pokazać się, bo inaczej dziecko wpada w histerię (choć czasem zastanawiam się czy nie tęskni do tatusia, bo jak Dominik wraca humor się jej poprawia - bywam zazdrosna). Bawić też jakoś się ostatnio nie chce - szybko się nudzi zabawkami, chce być noszona (z góry chyba lepiej wszystko widać). Na spacerach siedzenie w wózku też nie jest ciekawe - minimum kilka ścieżek w parku musi obejrzeć z wysokości moich ramion, a nie wózka. Dlatego ostatnio z niecierpliwością oczekuję jej drzemek - rano mogę wreszcie wypić herbatę, po południu zrobić coś w domu. Potem wyczekuję już tylko męża, by mnie chociaż na parę chwil uwolnił od tej małej marudki. 

Wczesne wstawanie ma też zalety - mam wreszcie trochę czasu na lekturę gazet. Jeden artykuł zainspirował mnie do napisania tekstu (w trakcie). Wróciłam również do porannego słuchania radia. Oczywiście gdybym mogła decydować, bez wahania bym pospała dłużej, bo jestem typem sowy, nie skowronka. I przez to też, mimo porannych pobudek, nie potrafię szybko iść spać, siedzę do późna i kółko się zamyka - śpię coraz krócej. Ale do soboty już niedaleko, wtedy znów podzielę się porankiem z Dominikiem i nieco odeśpię :)

Na koniec, zdjęcia - wspomnienia z urlopu. Pojechaliśmy jednego dnia na plażę do Pucka (polecam wszystkim rodzicom z małymi dziećmi - idzie się i idzie w głąb zatoki, a wciąż woda tylko do kolan). Łucja po raz pierwszy widziała morze, popluskała się w nim, posiedziała na plaży i pogrzebała w piasku. Porównując aurę ze zdjęć z tym co widać przez okno, jest mi smutno, bo mam poczucie, że chyba lato się już skończyło.


ps. Łucja ma kuzyna - Samuela :), jak dotąd pierwszego i jedynego - gratulacje dla Marty i Bartka. Mam nadzieję, że za kilka dni Dziabąg pozna go osobiście i jeśli rodzice się zgodzą, zdjęcie z wizyty pojawi się na blogu. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Łucja i kuzynostwo

Pamiętam, że jak zaszłam w ciążę, jedną z moich obaw względem przyszłości, było to że Łucja nie będzie miała się z kim bawić. To znaczy zanim nie pójdzie do przedszkola. Obawy były uzasadnione, bo w rodzinie - po obu stronach - były same starsze kuzynki. A różnica wieku 3-4 lat, mimo wrażenia, na początku życia jest znaczna. 

W okolicach narodzin Łucji przestało mnie to dręczyć. Okazało się, że moja Dziabągini nie będzie najmłodszą członkinią rodziny. Najpierw przyszła wiadomość, że Kamila - moja siostra jest w ciąży, chwilę potem podobna wiadomość wyszła od mojej szwagierki Marty. Kamień spadł mi z serca. 

Teraz czekałam tylko na informację o płci. Oczywiście, znając historię rodziny, spodziewałam się, że będą to dwie kuzynki. Okazało się, że będzie inaczej. I dzisiaj myślę, że lepiej - bo nie ma nic fajniejszego niż mieć w tym samym wieku kuzyna i kuzynkę, razem przechodzić te same etapy w przedszkolach, szkole, zdawać i omawiać te same egzaminy. 

Kuzynostwo obojga płci ma jeszcze jedną zaletę - Łucja będzie miała szansę poznać smak zabaw zarówno typowo dziewczęcych, jak i chłopięcych. Myślę, że wpłynie to dobrze na obie strony, gdyż uświadomi iż samochodziki i chodzenie po drzewach nie jest jedynie domeną chłopców, a lalkami dobrze bawić się mogą również chłopcy. 

Dzisiaj już się nie martwię o towarzystwo dla mojej córki. Bo nie tylko w rodzinie obrodziło dziećmi. Również w moim bloku. W ciągu ostatniego miesiąca urodziły się dwie dziewczynki, które za rok-dwa będą koleżankami Łucji z klatki i podwórka. A jeśli doda się te kilkoro dzieci z okolicznych bloków, których rodziców mijam codziennie na spacerach, to szykuje się spora banda dzieciaków. Czyżby mijał kryzys demograficzny? 

Tym wpisem witam na świecie Helenkę, moją siostrzenicę i kuzynkę Łucji. I czekamy na kuzyna - Samuela, który zapewne w ciągu miesiąca dołączy do rodziny.

Tutaj lansuję się z moją siostrzenicą ;)

Łucja z ciocią i kuzynkami - starszą Tolą i maleńką Helenką,
przy której aż ciężko uwierzyć, że siedem miesięcy temu Łucja
też była taka malutka 



czwartek, 7 sierpnia 2014

Jeśli chcesz podnieść sobie ciśnienie, zamiast kawy, włącz forum internetowe

Chodząc na spacery z Łucją, na ogół codziennie odprawiam ten sam rytuał - najpierw idę przez miasto, na początku deptaku włączam audiobook ("Narrenturm":) ), by ze słuchawkami w uszach dojść do parku. Jak dobrze pójdzie, to tuż przed bramą parku, mój Dziabąg zasypia, więc przed drugą częścią spaceru siadam na jednej z ławeczek i sprawdzam, co się dzieje na świecie. Niestety, wraz ze smartfonem i dużym pakietem danych, dorobiłam się uzależnienia od poczty elektronicznej, facebooka i wiadomości ze świata. Dlatego ta przerwa jest mi potrzebna, by nie stracić przez dwie godziny spaceru łączności ze światem. No i raz takie sprawdzanie newsów przypłaciłam gwałtownym skokiem ciśnienia i wściekłością, którą rozchodziłam dopiero po dwóch kolejnych godzinach bardzo szybkiego spaceru.

O co chodziło? Na facebooku, pod jedną z polubionych przeze mnie stron o macierzyństwie, rozgorzał spór na temat - czy cesarskie cięcie powinno być na życzenie. Krew wzburzyła mi wypowiedź jednej kobiety, która arbitralnie orzekła, że każda kobieta, która miała cesarkę na życzenie, a pewnie do tego jeszcze nie chciała karmić piersią (bo oczywiście to idzie w parze - sic!), nie powinna być matką, bo się do tego nie nadaje! Nie ważne dla autorki posta były uczucia, którymi matka obdarza swoje dziecko - bo przecież czynami im zaprzeczyła, ot - wyrodna matka. Po przeczytaniu tej wypowiedzi, pożałowałam, że włączyłam internet. Nigdy wcześniej, ani potem nie spacerowałam tak dziarsko po parku, zwiedzając coraz to nowe zakątki, a i tak by ochłonąć potrzebowałam jeszcze kilku dodatkowych godzin.

Dlaczego o tym piszę? Bo nie cierpię radykalizmów. Nie ma nic gorszego, jak mówienie innym, że ja wiem jak najlepiej żyć i kto się ze mną nie zgadza, jest głupi, zły, hołduje nie tej stronie co trzeba. Nie chcę się odnosić na tym blogu do sporów światopoglądowych, które obecne są w debacie publicznej, bo to nie to miejsce. Nie dlatego, że nie chcę ujawniać swoich poglądów (kto mnie zna, wie jakie są), ale dlatego, że pisanie publicystyczne mi nie wyszło, a pisanie o tematach około dziecięcych nawet idzie. A w tym przypadku chodzi właśnie o dyskusje, co jest najlepsze dla dziecka.

Blogi, fora i strony dla młodych rodziców wypełnione są wpisami ludzi, którzy "wiedzą lepiej". Z kategorycznymi wypowiedziami stykają się już kobiety w ciąży, potem jest tylko gorzej. Bardzo często (jak to bywa w polskim internecie) kolejne wpisy stają się coraz bardziej sarkastyczne, złośliwe, a nawet obraźliwe. Szukanie informacji w tym morzu frustracji często jest niemożliwe, a co więcej dołujące i wkurzające (jak moja przygoda na spacerze).

Jakie są najczęstsze fronty wojen między młodymi mamami (ojcowie rzadziej się wypowiadają)? W okresie ciąży to przede wszystkim dwa zagadnienia:

  • poród naturalny czy ze znieczuleniem
  • poród czy cesarskie cięcie

Potem, kiedy dziecko jest już na świecie i szuka się informacji, bardzo często pośrednio dostaje się obuchem, czytaj wypowiedzi na poniższe tematy:

  • karmienie piersią a karmienie butelką
  • czy jeść wszystko podczas karmienia piersią czy tylko produkty z restrykcyjnie krótkiej listy
  • szczepić dziecko czy nie
  • gotować samemu obiadki czy kupować słoiczki
  • reagować od razu na płacz dziecka czy "nie dać się manipulować"
  • zostać z dzieckiem w domu do czasu przedszkola czy wrócić do pracy
  • jeśli już wróci się do pracy, oddać do żłobka czy zatrudnić nianię
W większości są to trudne tematy i nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co jest lepsze (no, może poza szczepieniami - szczepić - koniecznie!). Różne są okoliczności, potrzeby, sytuacje i dlatego kategoryczne mówienie, że coś jest czarne lub białe, świadczy tylko o fanatyzmie osoby mówiącej. I braku wiary, że każda myśląca istota jest w stanie podjąć decyzję, najlepszą dla siebie i swojego dziecka. Cieszę się, że wokół mnie nie ma takich ludzi, co pozwala mi cieszyć się rodzicielstwem na mój sposób. A on często balansuje pomiędzy obiema stronami internetowego sporu.

To tyle na dzisiaj. W kolejnym wpisie znajdzie się miejsce nie tylko dla Łucji :) Póki co, dzisiejszy wpis kończę zdjęciem mojej śpiącej królewny (piszę późno, więc ilustracja dobrana została do pory). Zasnęła w samochodzie, podczas bawienia się zabawką :)

piątek, 1 sierpnia 2014

Nocne obawy

Zanim urodziła się Łucja, nie zdawałam sobie sprawy, jak szybko można zasypiać od położenia głowy na poduszkę. Zawsze kręciłam się, podsumowywałam dzień, planowałam kolejny i dopiero zmęczona tymi czynnościami zasypiałam. Teraz ledwie Łucja zaśnie, ja śpię chwilę po niej. 

Niestety, zmęczenie jest powodem, dla którego moja solenna obietnica, by pisać częściej jest nierealizowana. Najlepiej myśli mi się późno wieczorem, ale po dniu z Dziabągiem, wychodzi na to że nie myślę wcale. Na szczęście Dominik ma teraz dwa tygodnie urlopu, więc pewnie napiszę nieco więcej. 

I właśnie o spaniu jest dzisiejsza notka. Łucja bardzo szybko nauczyła się przesypiać całe noce. Najpierw budziła się na jedno karmienie w okolicach 3, potem powoli przesuwała się godzina, by ustabilizować się mniej więcej w okolicach 7. Kupiliśmy monitor oddechu, urządzenie dzięki któremu wykorzystywaliśmy każdą noc na spokojny sen - gdyby Łucji coś się działo, poinformowałby nas głośnym pikaniem. No i ostatnio, wszystko to wzięło łeb, bowiem Łucja odkryła, że spać można nie tylko na plecach. Kilka dni temu obudził mnie głośnym, przenikliwym piknięciem ów monitor. Naprawdę, nic innego w nocy nie stawia człowieka na równe nogi, jak właśnie to urządzenie. Okazało się, że Łucja śpi w najlepsze, oddycha równiutko, ale położyła się w poprzek łóżeczka, pomiędzy zasięgiem dwóch płytek, wywołując niepotrzebny alarm. Przełożona na właściwe miejsce, przeturlała się w "martwą strefę" jeszcze raz tej samej nocy. Kolejnego dnia, przesunęliśmy płytki tak, by nie tworzyć dziury i by Łucja więcej nie wywoływała bezsensownych nocnych alarmów.

Niestety, to załatwiło tylko część sprawy. Łucka turla się więc każdej nocy w bezpiecznej strefie, ale ja mimo włączonego urządzenia, nie potrafię spać, gdy widzę, jak przekłada się na brzuch. Wiem, że gdyby coś się działo, to mnie poinformuje głośno i wyraźnie, ale podświadomie wolę do tego nie doprowadzać. Praktycznie każdej nocy czuwam minimum godzinę (na ogół między 3 a 5) i jak tylko mała przekręci się niebezpiecznie na brzuszek, odwracam ją na plecy. A potrafi się to w tym czasie powtórzyć kilka razy (Łucja zapowiada się na nieodrodną córeczkę Tatusia, on też śpi tylko na brzuchu, twarzą praktycznie w materacu). Kamila twierdzi, że panikuję bez sensu, ale nie potrafię inaczej. Już chyba wolę zasypiać kolejnego dnia jak kamień i nic nie napisać, po męczącym dniu i poprzedzającej go nocy, niż coś przegapić i zostać obudzona okropnym dźwiękiem monitora oddechu, zapowiadającego niebezpieczeństwo. 

Dzisiaj wyjątkowo opóźniam porę położenia się do łóżka, bo boję się kolejnych harców mojej córeczki. Mam nadzieję, że niedługo jej sen się ustabilizuje i znów będę mogła spać bez przerwy, przynajmniej większość nocy.

I jak zwykle, na koniec czas na pochwalenie się nowymi umiejętnościami Dziabąga. Potrafi już sama siedzieć (posadzona), z pleców podnosi się do pozycji bliskiej samodzielnemu siedzeniu. Do tego wczoraj wieczorem odkryła, że leżąc na brzusku, podparta na rękach, może unieść pupę i wytrzymać w tej pozycji kilka chwil. Idzie to bardzo szybko, za tydzień pewnie powoli zacznie raczkować. Czas na przegląd mieszkania. Ale pewnie o tym napiszę innym razem.