wtorek, 9 grudnia 2014

Łucja lubi wybór

Mniej więcej dwa tygodnie temu postanowiłam, ze czas najwyższy skończyć ze słoiczkami i przestawić Łuckę na "normalne jedzenie". Decyzja ta nie była podyktowana finansami - Łucji jeden słoiczek starczał na dwa dni, chodziło mi raczej o przyzwyczajanie dziecka do jedzenia o normalnej konsystencji, nie w formie papki. 
Postanowiłam skorzystać z modnej ostatnio metody karmienia dzieci, która w ostatniej wersji schematu rozszerzania diety, zaaprobowana została przez ekspertów zajmujących się żywieniem dzieci. Chodzi mi mianowicie o BLW - baby led-weaning, na polski kreatywnie przetłumaczony jako Bobas Lubi Wybór
Łucja wciąga ryż z pstrągiem łososiowym i cukinią

O co w tym chodzi? W wielkim skrócie (bo stron i blogów o samym BLW jest bardzo dużo i każdy może sprawdzić szczegóły), w metodzie chodzi o to, żeby od początku dawać dziecku jedzenie nie w formie papek i puree, tylko w "naturalnej" postaci - kawałków ugotowanego mięsa, różyczek brokuła czy kalafiora kulek z kaszy lub ryżu itp. Według autorek książki Bobas Lubi Wybór, całe rozszerzanie diety można oprzeć o tę metodę, oczywiście dopiero wtedy gdy dziecko już stabilnie siedzi i zaczyna chwytać i brać do buzi wszystko co znajdzie na swojej drodze. 
Ja aż tak hurraoptymistycznie nie byłam nastawiona do tego sposobu karmienia. Bałam się zaksztuszenia, zwłaszcza w czasie gdy zębów jeszcze nie było, a nawet wtedy gdy już dwa pierwsze pojawiły sie w buzi. Pierwsze próby zastosowania metody podjęłam w okolicach ósmego miesiąca, kiedy uznałam, że słoiczkowe desery mogę zastąpić świetnymi, jesiennymi owocami. Łucja jednego dnia dostała do łapki kawałek jabłka, kolejnego gruszki i ku mojemu zdziwieniu poradziła sobie z nimi wyśmienicie, nie krztusząc się, co najwyżej brudząc siebie i okolice (bałagan zresztą uważany jest za jedyną wadę całej tej zabawy). 

Co tam rybka, co tam ryż, ja na warzywa mam ochotę dziś :)

Od tamtego czasu Dziabągini praktycznie przy każdym posiłku, dostawała coś, co mogła wziąć sama z tacki i włożyć samodzielnie do buzi. Na ogół były to warzywa - brokuły, kalafior, marchew, pietruszka, ziemniaki, dynia, czasem makaron, rożne kasze, ryż, a nawet kawałek mięsa czy ryby. Zaczęłam tak przygotowywać jedzenie, by zawsze coś było dla Łucji. Ostatnio przyszedł czas na pełne posiłki i pożegnanie się ze słoiczkami (czasem jeszcze z nich skorzystam, bo od czasu do czasu mamy ochotę na coś ostrego, a to nie jest jedzenie dla dziecka).

Jajo

Metoda BLW ma jeszcze jedna zaletę, zresztą zawartą w polskiej nazwie. Przed dzieckiem kładzie się kilka elementów obiadu- np. troszkę ryżu, kawałek mięsa, różyczkę brokuła i słupek marchewki. Dziecko wybiera to, na co ma największą ochotę, samo reguluje ile chce zjeść, jak jest już najedzone, po prostu przestaje jeść (to moment, gdy warto wyjąc dziecko z krzesełka, bo pozostałości z tacki zaczynaja latać po pokoju). To dobry sposób na kształtowanie odróżniania poczucia sytości od głodu. A także daje szanse dziecku spróbować rożnych smaków, co może w przyszłości zaowocować otwartością na nowe produkty i nie wybrzydzanie na to, co znajdzie na talerzu. Przynajmniej o takich zaletach można usłyszeć od propagatorów tej metody. Czas pokaże, czy przyłączę się do chóru.

Zdjęcie ruszone, bo Łucja robi się coraz szybsza i cięzko uchwycić jak biega za pchaczem

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza