środa, 18 marca 2015

Z kim spotka sie Łucja w klasie czyli troszkę statystyki lub/i matematyki

Pierwszego marca weszła w życie ustawa, na mocy której można dziecku nadać dowolne imię, również obcobrzmiące, ważne by nie było obraźliwe lub zdrobniałe. Uznałam, że to świetna okazja, by zastanowić się nad najczęściej nadawanymi imionami w ubiegłym roku. Czyli z kim prawdopodobnie spotka sie w jednej klasie Łucja. Uprzedzam więc, że wpis zawiera manipulacje wynikające z prostej matematyki, czyli jak mawiają - statystyka kłamie. 

Do zestawienia wybrałam jedynie imiona noszone przez dzieci rodziny i moich znajomych. W związku z tym, że 90% to dziewczynki, skupiłam się na wyłącznie na nich. Jeśli pojawi się prośba, przygotuję takie same zestawienie dla chłopców. 

Łucja po przerwie blogowej, z lekką nieśmiałością spogląda na czytelników :)
W 2014 roku, wg danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, urodziło się w Polsce 374 311 dzieci, z czego 181 899 to dziewczynki, a 192 412 chłopcy. Zawężając wyniki do województwa pomorskiego, otrzymujemy kolejno: 24 594 dzieci, 12 070 dziewczynek i 12 524 chłopców. I to na tej części populacji oparłam moje wyliczenia.

Niektórzy na placu zabaw zadawali pytanie - dziewczynka czy chłopiec?
 Kto by pomyślał, że strój ma takie znaczenie. 
Jak pewnie powszechnie wiadomo, w 2014 roku nadal najpopularniejszym imieniem nadawanym dziewczynkom, była Lena (Polska - 9642, pomorskie 2 miejsce - 577). Na drugim miejscu uplasowała sie Zuzanna (kolejno 8856 do 597 -1 miejsce w województwie). Podium zamyka Julia (8572 do 530). Następne Maja (8055 do 493) oraz Zofia (6733 do 470) zamykają wspólna dla kraju i województwa pierwszą piątkę najpopularniejszych imion. 

O, piasek!
Z pierwszej pięćdziesiątki wybrałam, poza powyższymi, jeszcze nastepujące imiona: Aleksandra (7 w kraju- 5935, 9 w województwie - 358), Alicja (11 w Polsce - 4932), Oliwia (12 w kraju - 4807, 10 - zamykająca krótka listę w pomorskim, 300), Antonina (18 pozycja - 2953), Liliana (21 - 2543 - sklasyfikowana została także Lilianna na pozycji 54 z 649 przedstawicielkami imienia), Karolina (26 - 2004), Michalina (34 - 1428), Helena (36 - 1334). I na koniec Łucja, której imię nadane zostało 952 dziewczynkom w Polsce (w tym Dziabągini), co dało 44 miejsce w kraju.

Niedaleko pada jabłko od jabłoni ;)
Jak już wspomniałam, wybrałam imiona dziewczynek, które Łucja spotka na imprezach rodzinnych, towarzyskich czy na podwórku. A jak będzie wygladała sprawa z przedszkolem/szkołą? Postanowiłam zabawić się we wróżkę, włączyłam moje trzecie oko, uruchomiłem szósty zmysł i wyciągnęłam nastepujące wnioski.
Zakładając, że klasa/grupa przedszkolna nie przekroczy 25 osób (jak zapowiada rząd w odniesieniu do szkoły), Łucja prawie na pewno spotka Zuzannę (co 20 urodzona w województwie pomorskim w 2014 roku dziewczynka nosi to imię). Z podobnym prawdopodobieństwem w klasie będzie też Lena (co 21 dziewczynka), Julia (co 23) oraz Maja (co 24). Może, ale nie musi, w tej samej grupie pojawić się Zofia (co 26). Raczej w równoległej klasie pojawi się Aleksandra (co 34) oraz Oliwia (co 40).

Kiedy przeanalizowałem prawdopodobny skład dowolnej grupy rówieśniczej, w której za klika lat pojawi  się Dziabągini, uznałam, że warto byłoby sprawdzić, jaka jest szansa, że Łucja spotka swoją urodzoną w tym samym roku, imienniczkę. Z wyliczeń wyszło, że spośród urodzonych w ubiegłym roku dziewczynek, co 191 to Łucja. A że rozrzucone są one po całym kraju, może okazać się, że nigdy nie spotkają się ani w przedszkolu, szkole lub nawet w pracy.

Łucja zjadła kisiel i jest z tego bardzo zadowolona :)


środa, 7 stycznia 2015

Roczek Łucji :)

Nigdy nie sądziłam, że czas może płynąć tak szybko. Te ostatnie dwanaście miesięcy zleciało w mgnieniu oka. Od wczoraj wspominam wydarzenia sprzed roku, zarówno ostatnie chwile oczekiwania, jak i pierwsze, po pojawieniu Łucji. Ale dzisiaj nie mam zamiaru dużo pisać. Za to przedstawiam fotogalerie zdjeć zrobionych 8 każdego miesiąca (lub +-2,3 dni). Dopiero zestawione razem widać, jak w ciagu pierwszego roku dziecko gwałtownie sie zmienia i jak szybko rośnie. 

Styczeń - kilka chwil po narodzinach
Luty - Dziabąg głównie śpi
Marzec - pierwsze pozowania do zdjęć, tu podczas przygotowań do kąpieli
Kwiecień - szeroki uśmiech do mamusi :)
Maj - Łucja spędza czas na brzuszku
Czerwiec - Dziabąg bierze wszystko do buzi
Lipiec - kwintensencja bobasa zaczyna siadać
Sierpień - siedzi i duma, którą zabawkę wybrać
Wrzesień - Łucja zaczyna wstawać
Październik - Dziabąg wstaje na krzesełku do karmienia i gwiżdze na biebezpieczeństwa (ku mojejmu przerażeniu)
Listopad - sama je (banana)
Grudzień - Łucka odkrywa, że klocki można wyładawoć i zaladować na np. ciężarówkę
Kolejny styczeń - Dziabąg postanowił poukładać inaczej ksiązki na pólkach oraz...
... zapozować z ukradzionym mamie tabletem :)








poniedziałek, 29 grudnia 2014

Na marginesie dyskusji o brudnym pampersie

Od wczoraj po sieci krąży felieton Agnieszki Kublik (Gazeta Wyborcza), o tym że podczas wizyty w restauracji miała nieprzyjemność oglądać, jak siedząca naprzeciwko niej matka zmieniła pampersa rocznemu dziecku przy stole. Autorka oburzona, w emocjonalnym tonie opisuje, jak wyobrażała sobie zawartość pieluchy i zapach, który będzie unosił sie w łazience, jako wspomnienie tego zdarzenia. Ewidentne, cała ta sytuacja zepsuła jej wieczór ze znajomymi, skoro postanowiła o tym, co zobaczyła, podzielić sie z cała Polską. A ta szybko zareagowała, co można od wczoraj przeczytać i posłuchać w tysiącach komentarzy, artykułów, wpisów na blogach, a nawet dyskusji w programie "Dwie Prawdy"(TVN24). 

Komentujący zasadniczo podzielily się na dwa obozy - przywołujących ubiegłoroczna dyskusję o wózkowych i ogólnie opisujący rodziców, jako roszczeniowo-wywyższającą się grupę (niestety, większość pomyj rozlała sie głównie na matki), oraz na tych, którzy bronią praw rodziców do wychodzenia z domu z dziećmi, korzystania z miejsc publicznych na równi z bezdzietnymi. 

Pierwsza grupa, w dużej mierze bezdzietni lub z odchowanymi dziećmi, postulują, żeby posiadając dziecko...wstrzymać się od pojawiania się w miejscach publicznych, bo chcą mieć święty spokój i spokojnie zjeść. Bo dzieci mogą płakać, biegać, czasem i krzykną, matka zechce je nakarmić piersią przy stole, a nie, o zgrozo, w toalecie, a co najgorsze, takie rozwrzeszczane maleństwo może zrobić kupę. OK, rozumiem, nie powinno si∂ę zmieniać pieluchy przy stole, zwłaszcza, jeśli obok ktoś je i taki widok jest niesmaczny. Ale gdy nie ma przebieraka, to co zrobić? Ja na ogół w takiej sytuacji przebieram dziecko w samochodzie lub szybko zbieram się do domu, by nie psuć innym kolacji. Jednak, dla kogoś może to być przystanek w podróży i co ma zrobić, kiedy restauracja nie zamontowała, choćby składanego przebieraka w toalecie (serio, zmieści się takie cudo nawet w najmniejszej toalecie).

Nie chcę też bronić opisanej w felietonie kobiety, bo może zrobiła to bezwiednie, po raz kolejny, gdy nikt nie zwrócił jej uwagi. Może teraz się zastanowi i poszuka innego sposobu na zmianę pieluszki. Może. A może nie, dając kolejne argumenty zwolennikom teorii o wózkowych - matkach uważających, że skoro urodziły dziecko, wszystko mogą i wszystko im się należy. Niestety, w argumentacji przeciwników pojawiania się rodziców z dziećmi w strefach publicznych, widzę jeden słaby punkt - uogólnienie. 

Powiem tak, jeśli ktoś twierdzi, że każda matka to wózkowa, to tak jakby twierdził, że każdy programista to brodacz. Bo i matki zwane pejoratywnie wózkowymi pojawiają się na naszych ulicach (sama kilka takich spotkałam), jak i każdy pewnie zna brodatego programistę. Ale błędne jest wyciąganie z tego faktu wniosku, ze każda matka jest roszczeniowa, a każdy pracujący w IT powinien zapuścić brodę. Absurd, ale bardzo mocno odciskającego piętno na dyskutujących w sprawie.

Tak naprawdę, ustosunkowałam się do tego felietonu z jednego powodu. Jeśli czytasz to i jesteś bezdzietny/a, a w miejscach publicznych przeszkadzają ci dzieci, to wiedz jedno, szybko może sie okazać, że znalazłeś sie po drugiej stronie barykady i marzysz tylko o tym, by zjeść coś na mieście, ale nie udało ci sie komuś podrzucić dziecka. Zostaje ci albo zostać (znowu) w domu albo wziąć dziecko ze sobą. I modlić sie, by w restauracji był przebierak, by dziecko za bardzo nie płakało, by jakaś felietonistka nie postanowiła z twojego przykładu zrobić tematu do kolejnego tekstu.

wtorek, 16 grudnia 2014

Bułeczki, karteczki i pierniczki czyli coraz bliżej święta

W poprzedni wtorek słuchałam w radiu audycji "Matka Polka-Feministka". Tematem przewodnim było pytanie, czy można zabierać dziecko na koncerty/wydarzenia kierowane do dorosłych. Jednak bardziej zainteresowało mnie o kim opowiadała bohaterka reportażu. Mówiła mianowicie o swojej córce Łucji, którą zabrała na koncert szwedzkiego chóru odwiedzającego Warszawę z okazji obchodów dnia św. Łucji. Oraz innych, kultywowanych przez nią od narodzin córki tradycjom (szwedzkim) związanym z imieniem Łucja.

Co niektórzy wiedzą, że imię Łucja wybraliśmy po części dlatego, że kojarzyło się nam ono właśnie ze Szwecją, krajem który lubimy odwiedzać, który nas fascynuje (i który mimo, że jest protestancki czci świętą*). Z reportażu dowiedziałam się, że 13 grudnia - w dzień św. Łucji, Szwedzi pieką szafranowe bułeczki drożdżowe z rodzynkami, które mają nawiązywać do historii św. Łucji - wczesnochrześcijańskiej męczennicy, która wyłupiła sobie oczy, by uniknąć ślubu z Rzymianinem, a następnie została ścięta. Owe rodzynki na bułeczce symbolizują oczy św. Łucji, które wg legendy w chwili śmierci "wróciły na miejsce".

Wracając do tego co usłyszałam w radio, uznałam, że upieczenie bułeczek to fantastyczny pomysł, zwłaszcza że 13 grudnia wypadał w tym roku w sobotę. Mogłam spokojnie wszystko przygotować w czasie, gdy Dominik zajmował sie Łucją. Ciasto wyrabiałam dwukrotnie (ok, nie ja, maszyna :)), bo za pierwszym razem zapomniałam dodać drożdży. Kiedy w końcu sie udało, bułeczki zostały upieczone, stwierdziłam, że i my będziemy co roku kultywować tę, związana z imieniem mojej córki, tradycję. Zwłaszcza, że Łucji smakowało. Jakby ktoś był zainteresowany, przepis wzięłam z tej strony.

Łucka wcina bułeczkę swojego imienia ;)
Poza bułeczkami, mój weekend wypełniły inne, przedświąteczne prace. Zaszalałam i przygotowałam wszystkie kartki do wysłania i rozdania oraz udekorowalam pierniczki (powiedzmy ;)), które na to czekały od końca listopada (wtedy były pieczone). Skoro wszyscy chwalą sie dziełami rąk swoich, pozwolę sobie na to i ja :)

27 kartek i każda inna :)

*no, dobra - nie do końca, jeśli ktoś jest ciekawy, jak z tą tradycją św. Łucji jest naprawdę w Szwecji odsyłam do ciekawego wpisu, który znalazłam szykując ten post - tu

wtorek, 9 grudnia 2014

Łucja lubi wybór

Mniej więcej dwa tygodnie temu postanowiłam, ze czas najwyższy skończyć ze słoiczkami i przestawić Łuckę na "normalne jedzenie". Decyzja ta nie była podyktowana finansami - Łucji jeden słoiczek starczał na dwa dni, chodziło mi raczej o przyzwyczajanie dziecka do jedzenia o normalnej konsystencji, nie w formie papki. 
Postanowiłam skorzystać z modnej ostatnio metody karmienia dzieci, która w ostatniej wersji schematu rozszerzania diety, zaaprobowana została przez ekspertów zajmujących się żywieniem dzieci. Chodzi mi mianowicie o BLW - baby led-weaning, na polski kreatywnie przetłumaczony jako Bobas Lubi Wybór
Łucja wciąga ryż z pstrągiem łososiowym i cukinią

O co w tym chodzi? W wielkim skrócie (bo stron i blogów o samym BLW jest bardzo dużo i każdy może sprawdzić szczegóły), w metodzie chodzi o to, żeby od początku dawać dziecku jedzenie nie w formie papek i puree, tylko w "naturalnej" postaci - kawałków ugotowanego mięsa, różyczek brokuła czy kalafiora kulek z kaszy lub ryżu itp. Według autorek książki Bobas Lubi Wybór, całe rozszerzanie diety można oprzeć o tę metodę, oczywiście dopiero wtedy gdy dziecko już stabilnie siedzi i zaczyna chwytać i brać do buzi wszystko co znajdzie na swojej drodze. 
Ja aż tak hurraoptymistycznie nie byłam nastawiona do tego sposobu karmienia. Bałam się zaksztuszenia, zwłaszcza w czasie gdy zębów jeszcze nie było, a nawet wtedy gdy już dwa pierwsze pojawiły sie w buzi. Pierwsze próby zastosowania metody podjęłam w okolicach ósmego miesiąca, kiedy uznałam, że słoiczkowe desery mogę zastąpić świetnymi, jesiennymi owocami. Łucja jednego dnia dostała do łapki kawałek jabłka, kolejnego gruszki i ku mojemu zdziwieniu poradziła sobie z nimi wyśmienicie, nie krztusząc się, co najwyżej brudząc siebie i okolice (bałagan zresztą uważany jest za jedyną wadę całej tej zabawy). 

Co tam rybka, co tam ryż, ja na warzywa mam ochotę dziś :)

Od tamtego czasu Dziabągini praktycznie przy każdym posiłku, dostawała coś, co mogła wziąć sama z tacki i włożyć samodzielnie do buzi. Na ogół były to warzywa - brokuły, kalafior, marchew, pietruszka, ziemniaki, dynia, czasem makaron, rożne kasze, ryż, a nawet kawałek mięsa czy ryby. Zaczęłam tak przygotowywać jedzenie, by zawsze coś było dla Łucji. Ostatnio przyszedł czas na pełne posiłki i pożegnanie się ze słoiczkami (czasem jeszcze z nich skorzystam, bo od czasu do czasu mamy ochotę na coś ostrego, a to nie jest jedzenie dla dziecka).

Jajo

Metoda BLW ma jeszcze jedna zaletę, zresztą zawartą w polskiej nazwie. Przed dzieckiem kładzie się kilka elementów obiadu- np. troszkę ryżu, kawałek mięsa, różyczkę brokuła i słupek marchewki. Dziecko wybiera to, na co ma największą ochotę, samo reguluje ile chce zjeść, jak jest już najedzone, po prostu przestaje jeść (to moment, gdy warto wyjąc dziecko z krzesełka, bo pozostałości z tacki zaczynaja latać po pokoju). To dobry sposób na kształtowanie odróżniania poczucia sytości od głodu. A także daje szanse dziecku spróbować rożnych smaków, co może w przyszłości zaowocować otwartością na nowe produkty i nie wybrzydzanie na to, co znajdzie na talerzu. Przynajmniej o takich zaletach można usłyszeć od propagatorów tej metody. Czas pokaże, czy przyłączę się do chóru.

Zdjęcie ruszone, bo Łucja robi się coraz szybsza i cięzko uchwycić jak biega za pchaczem

czwartek, 27 listopada 2014

Coraz bliżej święta

Od blisko miesiąca przeżywam prawdziwe katusze. Co robię? Układam listy prezentów gwiazdkowych dla rodziny - zwłaszcza dzieci, których w rodzinie z roku na rok jest coraz więcej. No dobra, nie cierpię aż tak bardzo, ale po raz pierwszy ciężko mi się zdecydować na to, czym obdaruję kuzynostwo Łucji. Zresztą i dla mojego Dziabąga nie mogę nic wybrać.*

Skoro przez 10 lat wszystko szło jak z płatka, to skąd teraz ten problem? Wszystko zmieniło się odkąd na świecie jest Łucka. Wcześniej wybierałam prezenty według mojego widzimisię, na ogół takie które w założeniu miały być kreatywne, edukacyjne i nie stygmatyzujące. Zawsze ten klucz uważałam za właściwy, ale parę razy zamiast radości z "ekstra rozwijającego" prezentu, na buzi dziecka odmalowywało się zdziwienie, a za nim pytanie "a co to właściwie jest?".

Ale o co chodzi? Przecież posprzątałam w pudle.
Stąd moje rozerwanie (jak u Doktora Judyma ;)). Z jednej strony oglądam świetne edukacyjne zabawki i akcesoria na różnych "parentingowych" stronach internetowych, często małych polskich firm. Z drugiej w głowie kołacze mi myśl, co w obdarowywaniu jest najważniejsze - moje dobre samopoczucie czy zadowolenie obdarowanego, a jego zainteresowania i potrzeby mogą znacznie odbiegać od moich wyobrażeń. Krótko mówiąc - dziecko zamiast niszowej zabawki chce tą, którą ma koleżanka, widziała w sklepie czy w telewizji.

Jak już raz wspomniałam we wpisie o książkach, staram się wybierać prezenty niestygmatyzujące - różowo-księżniczkowe dla dziewczynek czy samochodowo-niebieskie dla chłopców (walka z tym drugim to pewnie dopiero przede mną). Wierzę bowiem, że to czym się bawimy, jakie książeczki czytamy, może w przyszłości wpłynąć na nasze wybory. Dziewczynka nie bawiąc się samochodami może mieć awersję do zrobienia prawa jazdy (moja prywatna psychoanaliza), ale za to chłopiec bawiący się zabawkowym odkurzaczem chętniej będzie włączał się w prace domowe. Problemem jest jednak, że jeśli ktoś nie spędza każdej wolnej chwili na wymyślaniu co kupi na prezent, po wejściu do sklepu wybierze się do działu z sprofilowanymi dla płci zabawkami. W "Smyku" nawet pudełka mają odpowiedni kolor - dla dziewczynki w różowym "zestaw do sprzątania", dla chłopca - "zestaw narzędzi". Zresztą polecam na stronie sklepu wybrać "odgrywanie ról" i raz zaznaczyć dziewczynki, a potem chłopców. Można się przestraszyć wyników.

Udaję, że czytam, może nikt się nie zorientuję, że oglądam tylko obrazki.
Z podobnego założenia wychodzą również dyskonty, które przed świętami sprzedają też zabawki. Na zdjęciach reklamowych chłopcy bawią się koparkami, czy sterowanymi samochodzikami, dziewczynki lalkami (Lidl). W konkurencji  - dziewczynka pozuje z wózkiem czy przy tablicy (tutaj), a chłopiec majsterkuje w zabawkowym warsztacie lub pisze po tablicy (tutaj). Innych sklepów już nie sprawdzałam, ale sądzę że jest podobnie.

Do świąt jeszcze chwila, więc moje katusze jeszcze potrwają. Będę dalej przeglądała strony bijąc się z myślami czy kupić coś, co według mnie jest wartościowe, ale może trafić na półkę zapomnianych zabawek (choć nie musi, jak pokazuje wiele przykładów z przeszłości) czy jednak zamknąć oczy i uszy na stereotypowe zabawki i kupię coś co jest modne, czym interesuje się dziecko i coś co je naprawdę ucieszy. W końcu mój komfort w tym wszystkim jest najmniej ważny.


* Piszę Ja, gdyż Dominik już na początku małżeństwa oddał w moje ręce takie sprawy jak wymyślanie prezentów dla wszystkich - w rodzinie i poza nią. Ktoś kto nas nie zna, jeszcze może pomyśleć że jesteśmy rodziną konserwatywną z tradycyjnym podziałem ról ;)


poniedziałek, 17 listopada 2014

Warsztaty ogólnorozwojowe dla dzieci

Zaczęło się od nosidełka. Właściwie od przeczytania jakiegoś artykułu, z którego wynikało, że nosidła można używać także przy starszych dzieciach, niekoniecznie tylko przy najmniejszych Dziabągach. Zaczęłam więc szukać w internecie odpowiedniego nosidełka, trafiłam na sklep internetowy. Nie chciałam jednak kupować w ciemno, zależało mi na tym, by najpierw go obejrzeć, przymierzyć, toteż zaczęłam sprawdzać, kto w Trójmieście zajmuje się sprzedażą interesującego mnie modelu. Znalazłam dwa sklepy, ale tak naprawdę zainteresował mnie jeden, gdyż poza ofertą nosideł, chust i innych akcesoriów dla dzieci, oferował warsztaty we współpracy z "Rodzice bez obaw - Centrum dla kobiet w ciąży".

Najpierw chciałam zapisać się na warsztaty BLW (w skrócie - metoda rozszerzania diety dzieci, polegająca na tym, że dziecko spośród podanych rzeczy samo sobie wybiera co chce jeść - i w przypadku Łucji zawsze jest to brokuł lub kalafior :)), ale zajęcia się niestety nie odbyły. Polubiłam więc ich profil na fb i czekałam na kolejny termin.

W międzyczasie sprawdzałam, czy może poza tymi warsztatami mają coś innego do zaoferowania. Zainteresował mnie jeden komentarz, w którym padło pytanie czy w weekendy mogliby zorganizować jakieś zajęcia dla małych dzieci. Bardzo rzadko piszę komentarze, zwłaszcza pod postami napisanymi przez nieznane mi osoby, ale wtedy coś mnie tknęło i przyłączyłam się do grona proszących o takie zajęcia. I w kolejnym komentarzu "Rodzice bez obaw" obiecali zorganizować takie warsztaty.

Pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 15 listopada o godzinie 10.00. Przyjechaliśmy jako pierwsi i od razu spodobało się nam miejsce. Powitały nas dwie miłe panie, zaproponowały coś do picia, z czego chętnie skorzystaliśmy, bo wstaliśmy zbyt wcześnie i w domu nic nie wypiliśmy przed wyjściem. Po zdjęciu kurtek, weszliśmy na maty (Łucja zajęła się zabawkami w kącie) i czekaliśmy na resztę.
Łucji najbardziej podobały się duże piłki. Do tego stopnia, że Dominik obiecał,
że wreszcie napompuje naszą, która od dwóch lat leży w kartonie :)
Niedługo potem pojawili się pozostali uczestnicy warsztatów - kolejne dwie dziewczynki i dla równowagi dwóch chłopców. Z całego tego towarzystwa Łucka była najmłodsza i jedyna samodzielnie niechodząca, ale zupełnie nie przejmowała się tym faktem i raczkowała po całej sali w poszukiwaniu przygód.

Zajęcia podzielone były na dwie części - ruchową i manualną. Podczas pierwszej uczyliśmy się wierszyków, piosenek, które można wykorzystać podczas codziennych zabaw z dzieckiem. Łucji najbardziej spodobała się zabawa w kartofelka, trącanego noskiem przez prosiaczka (rodzica ;)), najmniej  - w pociąg. W kolejnej części, dzieci miały rozwijać motorykę małą, poprzez zabawę z gliną. Łucja jednak głośno odmówiła wzięcia udziału w tej części, kiedy nie pozwoliłam jej spróbować materiału - w zamian wolała dalej spacerować po macie. Po chwili dołączyły do niej pozostałe dzieci, gdyż na koniec zaplanowano chwilę luźnej zabawy, czas dla dzieci i pierwsze próby poznania się wzajemnie, rodziców.

Zamiast w glinie, pogrzebię w zabawkach :)
Co mi się podobało? Przede wszystkim fakt, że są takie warsztaty - dotąd widziałam propozycje dla dzieci starszych, minimum od 1,5 roku czy 2 lat. Ponadto propozycje zabaw, które chętnie wykorzystam w domu. A także miła atmosfera, która powoduje, że nie mogę doczekać się kolejnego spotkania.
A co podobało mi się mniej? Nie wszystkie zabawy były dopasowane do wieku dzieci. Rozumiem jednak, że wynikało to raczej z poszukiwań formuły. Nie ma podobnych zajęć dla małych dzieci w okolicy (przynajmniej takich nie znalazłam), więc te pewnie będą jeszcze chwilę dopasowywać się metodą prób i błędów do grupy docelowej. Wierzę jednak, że z każdego spotkania na spotkanie będzie lepiej. W każdym razie już nie mogę się doczekać kolejnych, za dwa tygodnie.