środa, 10 września 2014

A w telewizji pokazali...

Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie oglądam telewizji. Jeszcze większą, gdybym dodała, że wszystkie reality show są mi obce. Może nie oglądam ich namiętnie, regularnie i całościowo, ale czasem jak nic nie mam do roboty lub chcę po prostu się odmóżdżyć, zdarza mi się włączyć taki program.

Nieco inaczej było z nowym programem TVN - "Mama kontra mama". Zapowiedź i zaproszenie do udziału w programie na antenie stacji pojawiło się gdzieś w okolicach czerwca. Zaczęłam więc czekać na to, co właściwie zostanie wyemitowane. Przede wszystkim, sam tytuł programu nie napawał optymizmem - zakładał walkę mam, porównywanie się i patrzenie na inne uczestniczki z góry. A tego, jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, nie brak na co dzień każdej mamie.

Jak więc wyszło? Może nie aż tak strasznie, jak się obawiałam, ale nie ma też powodów do zachwytów. Formuła programu jest prosta - każda z czterech mam-uczestniczek z jednej okolicy (w pierwszym odcinku był to Wrocław), przy pomocy ukrytych (a może i nie?) kamer prezentuje dzień z życia rodziny. Pozostałe w tym czasie oglądają ich działania, komentują na bieżąco, a nawet w czasie, gdy rodzina opuszcza mieszkanie, maja obowiązek sprawdzić w jakich warunkach żyją dzieci i co jedzą. 

Niby nic - połączenie Big Brothera z Ugotowanymi, nawet lektor tan sam, z tymi samymi, mało śmiesznymi żarcikami. A jednak, po obejrzeniu pierwszego odcinka mam raczej smutne odczucia.

Po pierwsze - bardzo nie lubię, kiedy napuszcza się ludzi na siebie. Rozumiem, że ktoś mądry, szukając pomysłu na kolejny program, zabrnął w sieci na fora dla młodych rodziców i uznał, że szkoda by taka ilość wylewanych pomyj została tylko w internecie. Rozumiem też, że takie programy muszą być wypełnione prostymi emocjami i rozwiązaniami, by oglądanie nie wymagała żadnego wysiłku intelektualnego. Ale nie rozumiem, jak można dopuścić, by jedna matka arbitralnie uznała, że inna nie powinna wychowywać dzieci. Nie lubię, gdy ludzie są zapatrzeni w siebie i nie próbują dostrzec inności i różnorodności metod, zaciekawić się nimi i spróbować o tym porozmawiać. A uczestniczki ewidentnie wybierane były pod kątem bezkrytycznego uwielbienia swoich działań, co jedna, pod koniec programu, skwitowała zdaniem - wiem, że nie chce od Was niczego przejąć. Smutne, bo wzajemne uczenie się, podglądanie powinno dawać nam powód do refleksji nad naszymi działaniami.

Po wtóre - oglądając program cały czas zastanawiałam się, gdzie są ojcowie. Niby każda z kobiet (albo prawie) pracuje również zawodowo, ale z relacji z dziećmi, realizacji codziennych obowiązków, wychodzi na to, że domem i dziećmi zajmują się tylko one! Ktoś może powiedzieć, że to efekt formuły programu - w końcu to o mamach, a nie o tatach czy rodzicach w ogólności, ale dla mnie to potwierdzenie, że cały dom na ogół spada na głowę kobiety. I telewizja, mieniąca się nowoczesną, zamiast z tym walczyć, pokazywać nowe wzorce, ugruntowuje stary system. Ale czego oczekiwać od stacji, której jednym ze sztandarowych programów jest "Perfekcyjna pani domu", której wkładem w związek jest czyste mieszkanie.

Po trzecie - jak się tak przyjrzeć metodom matek biorących udział w programie, nie różnią się aż tak bardzo metodami - jedne nieco więcej wymagają od dzieci, jeśli chodzi o roboty domowe, inne zapewniają więcej rozrywek, ale co jest wspólne - bardzo kochają swoje dzieci i troszczą się o nie, najlepiej jak potrafią. Więc po co się porównywać? Pewnie po to by zdobyć główną nagrodę - 10000 zł na wakacje. Łakomy kąsek, ale czy skusiłabym się by najpierw obedrzeć się z prywatności, a następnie wziąć udział w polowaniu na pozostałe uczestniczki - nie, na pewno nie. Ale zawsze się tacy znajdą, tak jak znajdzie się dla nich widownia. Czy ja się do tych ostatnich przyłączę - raczej nie, pierwszy odcinek nie przekonał mnie formułą, nie zaciekawił tematem i wkurzył wyżej wymienionymi argumentami. Ale może jeszcze wrócę do niego w jakimś innym wpisie, jak przyjdą mi do głowy nowe refleksje.

A na koniec - Łucja w poniedziałek skończyła osiem miesięcy i po raz pierwszy sama stanęła! A dzisiaj doskonaliła tę sztukę, wspinając się przy pomocy każdej pionowej "okazji". Jejku, to ona zaraz będzie chodzić?



ps. po #icebucketchallenge, nową zabawą internetową jest wymienianie dziesięciu książek, które najbardziej wpłynęły na nasze życie. Od kilku dni zastanawiam się nad swoją listą - Łucka jeszcze się nie przyłączy, ale może ktoś z czytających tego bloga jest chętny?

wtorek, 9 września 2014

Łucja nie chce spać

Pierwszy raz od narodzin Łucji, przez głowę przeszły mi mordercze myśli. Co więcej, nie sądziłam, że wyobraźnia podpowie mi aż tak sugestywne obrazy, co zrobić z tym małym, wrzeszczącym Dziabagiem. Niby słyszałam, że i inni rodzice miewają takie chwile, ale dotąd moje dziecko aż tak mi skórę nie zaszło. Aż do środowego wieczoru.

O co chodziło? O wieczorne usypanie. Zgodnie z poleceniami wielu poradników, zajmujących się tematyką pomocową dla młodych rodziców, aby dziecko ładnie szło spać, należy wprowadzić wieczorne rytuały. Tak też w poprzednia środę, Łucja została umyta, przebrana w piżamkę, dostała butlę z większą ilością mleczka, aby wystarczyło jej na całą noc i ... za nic na świecie nie chciała spać. Zazwyczaj po takich działaniach, chwili noszenia i tulenia, dziecko zasypia. Dla pewności, w tle lecą kołysanki, w okolicach 4-5 dziecko śpi już twardo, a my około 20.30 mamy wieczór dla siebie. Nie tego dnia. Najpierw zaczęła sięgać po okoliczne przedmioty, w tym piloty, komórki i długopisy, potem radośnie pokrzykiwać kiedy próbowaliśmy ją położyć do łóżeczka. Na nic nie zdawało się śpiewanie z Grzegorzem Turnauem i Magdą Umer (radość), noszenie (płacz), przystawianie do piersi (siadanie i machanie rączkami). Po szesnastu kołysankach, uznaliśmy, że nie ma co dalej jej usypiać, skoro nie jest śpiąca. Była prawie 21. Po kolejnej godzinie, podczas której dalej interesowało ją siedzenie na rękach, szarpanie psiej sierści, szukanie czym może się pobawić, zaczęła wreszcie trzeć oczka! I ryczeć! Nagle zrobiła się tak zmęczona, że już nie mogła ot, tak zasnąć. Czterdzieści minut później - kiedy ją odkładałam - na zegarze była 22.38! Z wieczora nic nie zostało, poza moim wkurzeniem i totalnym zmęczeniem. 

Ale to nie koniec - następnego dnia obudziła się o 4.40! Dominik dzięki naszemu maleństwu nie nastawia już budzika, czasem nawet jest jednym z pierwszych w robocie. A Łucja - jak się zmęczy, to w dzień odsypia. Ale nauczona doświadczeniem, nie pozwalam jej spać więcej niż dwie godzinki (nie wliczam w to porannej drzemki - bo pobudka przed piątą, szybko zamieniła się w kolejną drzemkę, tym razem do 7.30). I tak mam gwarancję, że o 20.30 po 3K (kąpiel, kolacja, kołysanka) pójdzie spać.

Dziabąg odsypia ciężką noc ;)
ps. W okolicy łóżeczka Łucji, wprost na wyciągnięcie jej małych łapek, stoją książki. Łucja upodobała sobie zwłaszcza jedną - "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego. Czy nie za szybko na tak ambitną lekturę? ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Złapał katar pannę Łucyję

No i stało się. Jeszcze dwa tygodnie temu mówiłam, że mam szczęście, bo dziecko ani razu od narodzin mi na nic nie zachorowało. Ale przyszła jesień - jeszcze nie w kalendarzu, ale za oknem już tak, mocniej zawiało i pierwsze w życiu przeziębienie złapane.

Pierwsze symptomy były w nocy z soboty na niedzielę - kręciła się całą noc po łóżeczku, nieco chrapała, ciągle się budziła. Kolejnego dnia było pewne - to katar.

Chore dziecko, to przede wszystkim marudne dziecko. Niech ktoś spróbuje ruchliwemu ośmiomiesięcznemu dziecku wyczyścić nos. Lub choćby przetrzeć, by nie siedziała zasmarkana. Powodzenia, bo niby małe to to, ale rączki, poruszając się szybko jak skrzydła w wiatraku, potrafią z ogromną precyzją odtrącić chusteczkę, nie mówiąc już o aspiratorze. A kiedy już uda Ci się ominąć młyn i wytrzeć nos, musisz nastawić się na gwałtowną i bardzo głośną reakcję histeryczną. Po prostu super.

W sumie to i tak nie mam na co narzekać. Jak dotąd (odpukać!) lejący się nos i chrapanie w nocy to jedyne niedogodności. Apetyt i chęć do zabawy pozostały na tym samym poziomie, może więcej Dziabąg śpi. W każdym razie na wszelki wypadek nie poszłam dzisiaj na spacer - trochę za mocno wiało, a w taką pogodę nie wiadomo czy bardziej ubrać (wieje) czy jednak nieco rozpiąć (słońce wciąż przygrzewa mocno). Obstawiam, że właśnie takiego dnia - a nie brakowało ich w ciągu ostatnich dwóch tygodni - Łucka złapała wirusa nieżytu nosa. W każdym razie w najgorszym wypadku za siedem dni będzie (całkiem) zdrowa :)

Dowód na to, że jak się wytrze nos, można bawić się w spokoju :)

sobota, 30 sierpnia 2014

Książki dla dziecka

Każdy kto u nas był, wie że mamy świra na punkcie książek. Nie jest tak (niestety), że wszystkie widoczne na półkach woluminy zostały przez nas przeczytane, choć mamy takie mocne postanowienie. Jak by tak oszacować, to każde z nas przeczytało połowę posiadanych przez nas książek, ale zbiory te są mają tylko niewielką część wspólną, czyli przeczytane zostało 3/4 z dostępnych na naszych półkach lektur. Tyle statystyki.

Jak zaszłam w ciążę stało się dla mnie oczywiste, że powstanie kolejna półka - książki Łucji. Moje wrodzone poczucie kontroli uznało też, że dopóki dziecko nie zacznie się buntować, my będziemy wybierać jej lektury. Wiem jak to zabrzmiało. By jednak uprzedzić chęć wyłączenia strony i niedoczytania wpisu, wyjaśniam o co mi chodzi.

Każdy, kto kupuje książki dla swojego lub cudzego dziecka, dobrze wie, jak ciężko znaleźć coś wartościowego. Dlatego najlepszym sposobem jest zwrócenie się ku klasyce, książkom, które pamiętamy ze swojego dzieciństwa. Do głowy przychodzą więc takie nazwiska jak Julian Tuwim, Jan Brzechwa, Wanda Chotomska, Maria Konopnicka, Ewa Szelburg - Zarembina, Ludwik Jerzy Kern, Joanna Papuzińska. Lista niby gotowa, ale wystarczy zawędrować do działu dziecięcego dowolnej księgarni, by dowiedzieć się że to wcale nie jest takie proste. Klasyków wydaje prawie każde wydawnictwo, ale nie jest tak, że niezależnie co się chwyci, dostaje się porównywalny produkt.

Łucja wyspana, oczekuje na porcje zabawy i dobrej lektury
Pierwszą barierą jest sposób wydania, a zwłaszcza część graficzna. Jak przegląda się dostępne na rynku książeczki, od razu widać, że co niektórzy wydawcy uznają, że odbiorca będzie totalnym analfabeta estetycznym i łyknie nawet najgorszą grafikę. Bo przecież książka to słowo, a rysunek jest tylko uzupełnieniem. A przecież rodzicowi powinno zależeć (mi zależy), by dziecko nie tylko poznawało najpopularniejsze teksty naszej kultury, ale i stykało się z ilustracjami, które będą od najmłodszych lat wzbudzać w dziecku poczucie estetyki. By odróżniało ładne od brzydkiego, kicz od rzeczy wartościowych i ciekawych. By potem po nocy nie wieszało na kolanie wyprodukowanego baneru na płocie odgradzającym tory kolejowe od drogi - któregoś dnia byłam świadkiem takiej sceny za oknem. Jedną z teorii, która mówi dlaczego w naszym kraju jest tak brzydko - buduje się bez ładu, wiesza się reklamy, bo jakoś trzeba się zareklamować i nie ściąga ich, jak po roku wiszą stargane wiatrem i deszczem resztki, jest właśnie brak wychowania estetycznego, macosze traktowanie wychowania plastycznego oraz zapewne, koszmarne zabawki, ilustracje i kreskówki.

Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę, to wybór tekstów. Ja osobiście szukam moich ulubionych wierszy z dzieciństwa (ciekawe jest to, że jeszcze niedawno o niektórych zupełnie zapomniałam). W przypadku gdy nie znam tekstów, czytam je i zastanawiam się czy to, co napisał autor ma sens i czy na pewno chce to czytać Łucji. Nie interesują mnie utwory w których mama gotuje i się na niczym nie zna, córka jej pomaga, a tatuś z synkiem eksplorują świat. Chce przekazać Łucji poczucie, że będąc dziewczynką, potem kobietą nie jest skazana na bycie tłem dla świata mężczyzn. W tym aspekcie jest sporo do zrobienia, bo niestety ciągle książeczki dla dzieci mają wyraźny podział płciowy - dziewczynki marzą o byciu modelką czy piosenkarka, a chłopiec naukowcem czy prezydentem.

I na koniec - cena. No, niestety - te najlepiej wydane, z dobrze wybranym tekstem, ładnie złożone, na ogół na pięknym papierze, kosztują więcej. Myślę jednak, że lepiej kupić na raz jedną fajną i wartościową książkę, niż kilka, których lektura irytuje, kłuje w oczy koszmarnymi ilustracjami i ogólnie wywołuje nie najlepsze uczucia. Ja tak robię i jak dotąd dorobiłam się trzech (tylko) książek - szukanie zajmuje sporo czasu. Taka metoda skazuje też na kupowanie (lub choćby przeglądanie) na "żywo" w księgarni - internet oferuje na ogół podgląd okładki, ew. jednej-dwóch stron, więc ciężko wyrobić sobie zdanie o książce widocznej na ekranie komputera.

Żeby nie być gołosłowna, przedstawiam książki, które zakupiłam ostatnimi czasy dla Łucji. Pierwszą z nich są wiersze Juliana Tuwima, z ilustracjami Macieja Szymanowicza. Ta książka jest moim faworytem, jeśli chodzi o warstwę graficzną. Zresztą jak ogląda się inne prace p. Szymanowicza, odnosi się wrażenie, że taka będzie przyszłość ilustracji, nie tylko dla dzieci.

Fragment Lokomotywy z ilustracjami Macieja Szymanowicza - mój ulubiony, czytany często Łucji,
co widać w prawym dolnym rogu (zagięcia wykonane ręką Dziabąga) 
Kolejną książką są wiersze Wandy Chotomskiej, która zilustrowana została pracami pani Marianny Jagoda-Maduszewskiej. Grafiki zostały świetnie dobrane pod kątem odbiorcy, moim zdaniem przypominają sposób rysowania przez małe dzieci. Ale równocześnie nie są infantylne.

Ten wierszyk zawsze otwiera mi się jako pierwszy, jak tylko sięgam po tę książkę.
Stąd sentyment i prezentacja na blogu.

Na koniec klasyka - wznowione wydanie Wierszy Jana Brzechwy, z ilustracjami Jana Marcina Szancera. Tą samą książkę czytałam w dzieciństwie, te same obrazki towarzyszyły podczas spotkań z Samochwałą i Sójką, co za morze wybrać się nie może. Cieszę się, że Łucja ma szansę sięgnąć po taką samą książkę, jaką ja pamiętam z mojego dzieciństwa.

Na tym przykładzie widać jak przez ostatnie dekady zmienił się sposób ilustrowania książek.
Mam wrażenie, że kiedyś nie było podziału na grafikę dla dzieci i dorosłych, były po prostu ilustracje.
Na razie to wszystko na ten temat. Jak dorobię się większej kolekcji, podzielę się zdobyczami na blogu. A może ktoś napisze mi jakie książki poleca dla dzieci? Byłoby mi bardzo miło. Chętnie bym się im przyjrzała, a po ewentualnym zakupie, opisała w przyszłości.

ps. Zdjęcia wybranych stron zrobiłam moja komórką, na mojej kanapie. Linki prowadzą do stron wydawnictw opisanych książek oraz do stron, które prezentują większą liczbę prac opisanych przeze mnie ilustratorów.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Dobre wychowanie

Tak jak poprzednio pisałam, Łucja zmieniła swoje przyzwyczajenia dotyczące snu. W ciągu dnia ograniczyła swoje drzemki do dwóch, przez co około 20 jest już zmęczona i idzie spać. Niestety, szybsze położenie się spać równa się szybsza pobudka - tak w okolicach godziny szóstej. 
Tak więc, kiedy ja jeszcze przypominam zombi, Łucja wyspana i w dobrym humorze, otacza się swoimi zabawkami. Na moje szczęście, to jedna z niewielu pór, kiedy Dziabąg potrafi się sama bawić, a ja mogę spokojnie się rozbudzić i czasem  nawet zrobić coś dla siebie. - np. przeczytać jakiś zaległy artykuł ze sterty gazet, które wciąż kupujemy, ale niekoniecznie czytamy.
Ostatnio, w ramach takiego poranka, udało mi się przeczytać artykuł z nie najnowszej już Polityki o braku znajomości zasad dobrego wychowania, savoir-vivre'u w naszym społeczeństwu. Autorka ilustruje to następującym obrazkiem:
Coraz więcej osób widząc to [brak manier-dop.], cierpi na bolesną niestrawność. Ma poczucie niezasłużonej degradacji. I bezradności. Na przykład gdy 12-letnia siostrzenica zjeżdża z kilkudniową wizytą. I odmawia zjedzenia obiadu, bo nie lubi buraczków. Rozbabruje potrawy, paćka talerz, siorbie, ciamka. Każe dziesięć razy wołać się do stołu. Wstaje bez "czy mogę" i "dziękuję". Siedzi niechlujnie, podpiera się, podkula nogi. Nie przychodzi jej do głowy pomóc w nakrywaniu, sprzątaniu, zmywaniu. Nie dziękuje za prezent. Rozczarowana, że nie udało się dostać jakiegoś ciuszka-zachcianki, wrzeszczy i trzaska drzwiami. Wypowiada się o innych (dzieciach i dorosłych): głupek, idiota, kretyn. Nie ma w zwyczaju odpowiadać pełnym zdaniem; poprzestaje na uhm; burczy pod nosem. Bez pytania gasi światło, wzmacnia głos w telewizorze, przełącza kanały. Bez pukania wchodzi do zamkniętego pokoju i toalety. W autobusie miejskim przepycha się, by zająć najlepsze miejsce. Wcina się ze swoimi problemami i uwagami w rozmowę dorosłych. Chichocze, gdy ktoś powie coś, co wyda się jej niedorzeczne; rysuje kółka na czole. Często wydaje się, że w ogóle nie słyszy. Nie patrzy w oczy podczas rozmowy. Jest niewychowana (w: Obuci i obyci, Wilk Ewa, Polityka nr 32 6.08-11.08.2014) 
Po skończeniu artykułu poczułam się jakby przejechał po mnie walec drogowy. Dobre wychowanie, maniery, niby coś oczywistego, a jednak jak przedstawia powyższy przykład, wcale nie są takie oczywiste. Ile razy zdarzyło nam się spotkać z podobnymi reakcjami młodzieży, powiedzieć, że nic się nie stało, kiedy nastolatek/młody człowiek wciął się w zdanie, nie ustąpił miejsca, udał że nie słyszy, gdy się do niego mówi, zwrócił się per Ty do osoby dwa razy od siebie starszej. Chyba jednak się stało, bo w ten sposób daliśmy przyzwolenie na takie zachowanie wobec nie tylko siebie, ale i innych, którzy niekoniecznie zgodzą się, że się nic nie stało.
Dlaczego tak jest? Może dlatego, że sami jesteśmy niewychowani? My, pokolenie, które dorastało już po transformacji ustrojowej, w czasie gdy rodzice zajmowali się odnajdowaniem swojego miejsca w kapitalizmie, a szkoła szukaniem tożsamości, zostaliśmy wychowanie najpierw przez telewizor, potem komputer i internet. A tam  - nowy, wspaniały świat, wypełniony ludźmi, którzy dzięki łokciom, cwaniactwu odnosili sukces (bycie przyzwoitym z każdym rokiem stawało się passe). Dzięki braku znajomości granic łatwiej nam wybaczyć przekraczanie ich u innych.
Czemu o tym piszę? Nie by moralizować - to nie moja rola. Ani by straszyć zagrożeniami świata - wręcz przeciwnie, nie uważam telewizji, komputera czy internetu za źródła zła. Martwi mnie co innego - skoro ja jestem nie wychowana, to jak wychowam moje dziecko? Kiedy będę wiedziała, że to co jej mówię, jest dobre, czy mój przykład należy naśladować, czy wręcz przeciwnie? Niby odpowiedź jest oczywista - kiedy będę traktować innego człowieka z szacunkiem. Ale co znaczy odnosić się do innych z szacunkiem? Być miłym? Oddawać cześć, respekt? Czy coś innego? A jak to przełożyć na życie - jak zgodnie z tą zasadą odnosić się do rodzica, nauczyciela, pracodawcy niby wiadomo, ale wobec sąsiada, pani sprzątającej klatkę czy kasjerki w markecie już niekoniecznie. 

To taka refleksja ze spaceru. Dziś bez zdjęć. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

Spać!... mi się chce...

W poniedziałek Dominik wrócił po urlopie do pracy, a ja do codziennej rutyny. Niby nic niezwykłego, ale jak to się mówi, człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego i powrót do gorszej sytuacji bywa czasem trudny. 

Przez ostatnie dwa tygodnie Łucja nauczyła się chodzić spać około 20.30 i wstawać o 6. Sytuacja z jednej strony dobra - mamy wieczory dla siebie, ale niestety rano dziecko nie uznaje argumentu, że rodzice chcieliby jeszcze pospać. Trzeba wstać i zająć się małą -  nie ma wyjścia. I (klnąc w duchu) wstaję, uśmiechając się do mojego gotowego na poranne harce, Dziabąga. Kiedy Łucja oddaje się zabawie, wspominam urlop mojego męża. Poranną opiekę dzieliliśmy między siebie i dzięki temu zabiegowi oboje byliśmy wyspani, a Łucja cały czas była na oku któregoś z nas. Ja pełniłam pierwszą wartę  - między 6 a 7.30, potem na służbę stawiał się Dominik, by o 9 odłożyć małą na drzemkę. W tym czasie ja szłam spać i dzięki tej drzemce niestraszny był dla mnie kolejny dzień.

Od poniedziałku zostałam sama. I mimo, że ledwie upłynęły cztery dni, już nie mam siły. Pewniej łatwiej by mi było, gdyby pogoda pozwoliła mi łagodnie przejść w stan normalności, ale nie, musiała się jak na złość, popsuć. Do tego Łucja weszła w fazę kryzysu ósmego miesiąca, zwanego też lekiem separacyjnym - jak wychodzę do łazienki drze się wniebogłosy i płacze rzewnie, jakbym ją opuszczała na zawsze. Przygotowanie posiłku jest jeszcze trudniejsze, bo zajmuje więcej czasu. Muszę co chwila przerywać i przychodzić do pokoju, pokazać się, bo inaczej dziecko wpada w histerię (choć czasem zastanawiam się czy nie tęskni do tatusia, bo jak Dominik wraca humor się jej poprawia - bywam zazdrosna). Bawić też jakoś się ostatnio nie chce - szybko się nudzi zabawkami, chce być noszona (z góry chyba lepiej wszystko widać). Na spacerach siedzenie w wózku też nie jest ciekawe - minimum kilka ścieżek w parku musi obejrzeć z wysokości moich ramion, a nie wózka. Dlatego ostatnio z niecierpliwością oczekuję jej drzemek - rano mogę wreszcie wypić herbatę, po południu zrobić coś w domu. Potem wyczekuję już tylko męża, by mnie chociaż na parę chwil uwolnił od tej małej marudki. 

Wczesne wstawanie ma też zalety - mam wreszcie trochę czasu na lekturę gazet. Jeden artykuł zainspirował mnie do napisania tekstu (w trakcie). Wróciłam również do porannego słuchania radia. Oczywiście gdybym mogła decydować, bez wahania bym pospała dłużej, bo jestem typem sowy, nie skowronka. I przez to też, mimo porannych pobudek, nie potrafię szybko iść spać, siedzę do późna i kółko się zamyka - śpię coraz krócej. Ale do soboty już niedaleko, wtedy znów podzielę się porankiem z Dominikiem i nieco odeśpię :)

Na koniec, zdjęcia - wspomnienia z urlopu. Pojechaliśmy jednego dnia na plażę do Pucka (polecam wszystkim rodzicom z małymi dziećmi - idzie się i idzie w głąb zatoki, a wciąż woda tylko do kolan). Łucja po raz pierwszy widziała morze, popluskała się w nim, posiedziała na plaży i pogrzebała w piasku. Porównując aurę ze zdjęć z tym co widać przez okno, jest mi smutno, bo mam poczucie, że chyba lato się już skończyło.


ps. Łucja ma kuzyna - Samuela :), jak dotąd pierwszego i jedynego - gratulacje dla Marty i Bartka. Mam nadzieję, że za kilka dni Dziabąg pozna go osobiście i jeśli rodzice się zgodzą, zdjęcie z wizyty pojawi się na blogu. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Łucja i kuzynostwo

Pamiętam, że jak zaszłam w ciążę, jedną z moich obaw względem przyszłości, było to że Łucja nie będzie miała się z kim bawić. To znaczy zanim nie pójdzie do przedszkola. Obawy były uzasadnione, bo w rodzinie - po obu stronach - były same starsze kuzynki. A różnica wieku 3-4 lat, mimo wrażenia, na początku życia jest znaczna. 

W okolicach narodzin Łucji przestało mnie to dręczyć. Okazało się, że moja Dziabągini nie będzie najmłodszą członkinią rodziny. Najpierw przyszła wiadomość, że Kamila - moja siostra jest w ciąży, chwilę potem podobna wiadomość wyszła od mojej szwagierki Marty. Kamień spadł mi z serca. 

Teraz czekałam tylko na informację o płci. Oczywiście, znając historię rodziny, spodziewałam się, że będą to dwie kuzynki. Okazało się, że będzie inaczej. I dzisiaj myślę, że lepiej - bo nie ma nic fajniejszego niż mieć w tym samym wieku kuzyna i kuzynkę, razem przechodzić te same etapy w przedszkolach, szkole, zdawać i omawiać te same egzaminy. 

Kuzynostwo obojga płci ma jeszcze jedną zaletę - Łucja będzie miała szansę poznać smak zabaw zarówno typowo dziewczęcych, jak i chłopięcych. Myślę, że wpłynie to dobrze na obie strony, gdyż uświadomi iż samochodziki i chodzenie po drzewach nie jest jedynie domeną chłopców, a lalkami dobrze bawić się mogą również chłopcy. 

Dzisiaj już się nie martwię o towarzystwo dla mojej córki. Bo nie tylko w rodzinie obrodziło dziećmi. Również w moim bloku. W ciągu ostatniego miesiąca urodziły się dwie dziewczynki, które za rok-dwa będą koleżankami Łucji z klatki i podwórka. A jeśli doda się te kilkoro dzieci z okolicznych bloków, których rodziców mijam codziennie na spacerach, to szykuje się spora banda dzieciaków. Czyżby mijał kryzys demograficzny? 

Tym wpisem witam na świecie Helenkę, moją siostrzenicę i kuzynkę Łucji. I czekamy na kuzyna - Samuela, który zapewne w ciągu miesiąca dołączy do rodziny.

Tutaj lansuję się z moją siostrzenicą ;)

Łucja z ciocią i kuzynkami - starszą Tolą i maleńką Helenką,
przy której aż ciężko uwierzyć, że siedem miesięcy temu Łucja
też była taka malutka