poniedziałek, 17 listopada 2014

Warsztaty ogólnorozwojowe dla dzieci

Zaczęło się od nosidełka. Właściwie od przeczytania jakiegoś artykułu, z którego wynikało, że nosidła można używać także przy starszych dzieciach, niekoniecznie tylko przy najmniejszych Dziabągach. Zaczęłam więc szukać w internecie odpowiedniego nosidełka, trafiłam na sklep internetowy. Nie chciałam jednak kupować w ciemno, zależało mi na tym, by najpierw go obejrzeć, przymierzyć, toteż zaczęłam sprawdzać, kto w Trójmieście zajmuje się sprzedażą interesującego mnie modelu. Znalazłam dwa sklepy, ale tak naprawdę zainteresował mnie jeden, gdyż poza ofertą nosideł, chust i innych akcesoriów dla dzieci, oferował warsztaty we współpracy z "Rodzice bez obaw - Centrum dla kobiet w ciąży".

Najpierw chciałam zapisać się na warsztaty BLW (w skrócie - metoda rozszerzania diety dzieci, polegająca na tym, że dziecko spośród podanych rzeczy samo sobie wybiera co chce jeść - i w przypadku Łucji zawsze jest to brokuł lub kalafior :)), ale zajęcia się niestety nie odbyły. Polubiłam więc ich profil na fb i czekałam na kolejny termin.

W międzyczasie sprawdzałam, czy może poza tymi warsztatami mają coś innego do zaoferowania. Zainteresował mnie jeden komentarz, w którym padło pytanie czy w weekendy mogliby zorganizować jakieś zajęcia dla małych dzieci. Bardzo rzadko piszę komentarze, zwłaszcza pod postami napisanymi przez nieznane mi osoby, ale wtedy coś mnie tknęło i przyłączyłam się do grona proszących o takie zajęcia. I w kolejnym komentarzu "Rodzice bez obaw" obiecali zorganizować takie warsztaty.

Pierwsze spotkanie odbyło się w sobotę 15 listopada o godzinie 10.00. Przyjechaliśmy jako pierwsi i od razu spodobało się nam miejsce. Powitały nas dwie miłe panie, zaproponowały coś do picia, z czego chętnie skorzystaliśmy, bo wstaliśmy zbyt wcześnie i w domu nic nie wypiliśmy przed wyjściem. Po zdjęciu kurtek, weszliśmy na maty (Łucja zajęła się zabawkami w kącie) i czekaliśmy na resztę.
Łucji najbardziej podobały się duże piłki. Do tego stopnia, że Dominik obiecał,
że wreszcie napompuje naszą, która od dwóch lat leży w kartonie :)
Niedługo potem pojawili się pozostali uczestnicy warsztatów - kolejne dwie dziewczynki i dla równowagi dwóch chłopców. Z całego tego towarzystwa Łucka była najmłodsza i jedyna samodzielnie niechodząca, ale zupełnie nie przejmowała się tym faktem i raczkowała po całej sali w poszukiwaniu przygód.

Zajęcia podzielone były na dwie części - ruchową i manualną. Podczas pierwszej uczyliśmy się wierszyków, piosenek, które można wykorzystać podczas codziennych zabaw z dzieckiem. Łucji najbardziej spodobała się zabawa w kartofelka, trącanego noskiem przez prosiaczka (rodzica ;)), najmniej  - w pociąg. W kolejnej części, dzieci miały rozwijać motorykę małą, poprzez zabawę z gliną. Łucja jednak głośno odmówiła wzięcia udziału w tej części, kiedy nie pozwoliłam jej spróbować materiału - w zamian wolała dalej spacerować po macie. Po chwili dołączyły do niej pozostałe dzieci, gdyż na koniec zaplanowano chwilę luźnej zabawy, czas dla dzieci i pierwsze próby poznania się wzajemnie, rodziców.

Zamiast w glinie, pogrzebię w zabawkach :)
Co mi się podobało? Przede wszystkim fakt, że są takie warsztaty - dotąd widziałam propozycje dla dzieci starszych, minimum od 1,5 roku czy 2 lat. Ponadto propozycje zabaw, które chętnie wykorzystam w domu. A także miła atmosfera, która powoduje, że nie mogę doczekać się kolejnego spotkania.
A co podobało mi się mniej? Nie wszystkie zabawy były dopasowane do wieku dzieci. Rozumiem jednak, że wynikało to raczej z poszukiwań formuły. Nie ma podobnych zajęć dla małych dzieci w okolicy (przynajmniej takich nie znalazłam), więc te pewnie będą jeszcze chwilę dopasowywać się metodą prób i błędów do grupy docelowej. Wierzę jednak, że z każdego spotkania na spotkanie będzie lepiej. W każdym razie już nie mogę się doczekać kolejnych, za dwa tygodnie.


poniedziałek, 27 października 2014

Parę słów o wpływie muzyki na nasze życie

Jakiś czas temu przeczytałam w Gazecie Wyborczej artykuł, który zmroził krew w moich żyłach. No, dobra - może moja reakcja nie była aż tak mocna, ale ogólnie nie ucieszyła mnie (prawdopodobna) przyszłość mojej córki.

Artykuł nosi już bardzo sugestywny tytuł: "Przedszkolak tańczy i śpiewa disco-polo. Czego nasze dzieci uczą się w przedszkolu?". A już z treści dowiadujemy się, że dzieci w przedszkolu (z braku umiejętności nauczycielek? ich gustów? gustów rodziców?), uczą i bawią się przy najbardziej popularnych piosenkach, w tym disco-polo.

I tu pojawia się problem, bowiem od końca liceum jestem nieco snobką muzyczną - wcześniej bywało różnie, cóż - błędy młodości z których się wyrasta. Słucham praktycznie tylko utworów, których treść nie ogranicza się do banalnych stwierdzeń o dobrej zabawie i uproszczonej wizji relacji damsko-męskich. Ważna jest dla mnie też warstwa muzyczna, złożona więcej niż z trzech dźwięków (punk jest wyjątkiem), wygrywanych jednym palcem na keyboardzie. Nie cierpię imprez typu wesela czy Andrzejki, bo istnieje na nich mus zabawy przy właśnie tego typu muzyce, co więcej śpiewanej i wygrywanej przez lokalną - dyżurną "kapelę". Rozumiem, czemu na takich zabawach bez dużej ilości alkoholu ani rusz - bo bez tego muzyka jest dla mnie niestrawna.

W domu słucham głównie radia - Trójki. To ona obecnie kształtuje moje spojrzenie na muzykę. Większość płyt, które stoją na naszej półce, to rekomendacje Programu Trzeciego PR lub inspiracje tam podsłuchane. Praktycznie nie wiem, co jest puszczane w innych radiach, do tego stopnia, że do konkursu Eurowizji, nie miałam nawet pojęcia o piosence "My Słowianie".

Radio włączam rano, jak tylko wstanę i gra ono mniej więcej do 19. Łucja wychowuje się więc w przestrzeni wypełnionej muzyką, zgoła odmienną od tej, o której pisze autorka podlinkowanego tekstu. Muzyka, obok pięknej literatury czy przedstawień wizualnych, jest jednym z ważniejszych elementów wychowania estetycznego. A tego, moim zdaniem, brakuje w naszym kraju (dlatego żyjemy w brzydkich przestrzeniach miejskich i w głównym nurcie muzycznym królują piosenki bez melodii i z tekstem o niczym).

Wiem, zabrzmiałam jak arogancki buc, który z pogardą spogląda na większość społeczeństwa. Nie było to moją intencją, chciałam tym wpisem zasygnalizować, jak ważne dla mnie jest też coś, co ma szansę ukształtować wartości estetyczne mego dziecka, wrażliwość na piękno, zainteresowanie problemami społecznymi. A tą rolę spełnia tylko sztuka - zarówno ta "wysoka", jak i też dobrze napisana, zrealizowana popkulturowa. Zdaję sobie również sprawę, że to co opisuję, to zwykłe aspirację tzw. współczesnej miejskiej klasy średniej, ludzi żyjących w mieszkaniach na kredyt, pracujących w korporacjach, którzy chcieliby swoim dzieciom zapewnić jak najlepszy start.

Czemu akurat ten artykuł, spośród wielu o wychowaniu dzieci i wpływie na ten proces różnych instytucji, mnie zainteresował? Od kilku miesięcy - mniej więcej od czasu jak Łucja skończyła sześć miesięcy, zauważałam, że bardzo chętnie kiwa się przy co drugiej piosence. Na początku pomyślałam, że mam genialne dziecko, bo wydawało mi się, że takie reakcje widoczne są dopiero u dzieci po skończeniu pierwszego roku życia. Potem okazało się, że to normalne dla dzieci w tym wieku, ale zaczęłam się zastanawiać czy talent muzyczny to kwestia jedynie genów, czy też ma na to wpływ otaczanie dziecka muzyką od pierwszych dni. I czy gatunek muzyki ma znaczenie. Znalazłam kilka artykułów mówiących  - włączaj muzykę - głównie klasyczną, ale najlepiej śpiewaj, nawet jeśli nie masz głosu. W końcu młodzi Japończycy wyrastają w środowisku pełnym muzyki, mają słuch absolutny i często zwyciężają w Konkursach Chopinowskich. Niestety, potem doczytałam, że najprawdopodobniej w krajach Dalekiego Wschodu, wpływ na to ma struktura ich języka, wymagająca słyszenia wysokości dźwięku różnych spółgłosek, które pełnią różne funkcje językowe.

Tak czy siak, muzyka wpływa pozytywnie na rozwój dziecka. Jeśli przy tym w przyszłości okaże się, że jeszcze rozwinie jakiś talent, to wysiłek w postaci śpiewania w kółko ulubionej piosenki o żabie, nie będzie zmarnowany.

Na filmiku poniżej Łucja prezentuje swoje talenty taneczne, przy jednej z piosenek Curly Heads.



A to piosenka, przy której Łucja tańczy ostatnio najczęściej - "Pył" Fisz Emade Tworzywo - świetny kawałek, tak poza tym :) 

środa, 22 października 2014

Plac zabaw

Ostatnia niedziela zaskoczyła nas wspaniałą pogodą. Uznaliśmy, że byłaby to niesamowita szkoda spędzić go w domu, więc wybraliśmy się z Łucją na plac zabaw. A że słońce pięknie świeciło, zrobiliśmy z tego wypadu fotorelację. Oto mały wybór.

Łucja melduje gotowość do zabawy - jeszcze w czapeczce,
bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest aż tak ciepło

Na sprężyce do przodu i do tyłu

Siup i w dół po zjeżdzalni - zabawa z tatą była lepsza, bo mniej asekurował

I dookoła na równoważni

Nie ma jak na huśtawce - pajączek trzyma i nie spadam :)

Zmęczona po zabawie

Nim wróciliśmy do domu, już spała - nie dało się nawet zdjąć kombinezonu

czwartek, 9 października 2014

Jesień, zmęczenie i książki (zaległe)

Prawie miesiąc upłynął od ostatniego wpisu (co przypomniał mi dzisiaj Facebook). Najpierw nie wiedziałam, co napisać - brakowało mi weny. Potem Dominik wciągnął się w projekt po godzinach, a ja zmęczona po całym dniu z Dziabągiem, nie miałam już siły pisać. A potem mi się nie chciało. Ale wreszcie się zabrałam i już jest kolejny wpis. Do poczytania, dla zainteresowanych moimi książkowymi zwierzeniami. A kto nie chce tego czytać, niech chociaż obejrzy galerię zdjęć, prezentującą najnowsze dokonania Łucji.

Zdjęcie zrobione w"biegu" - Łucja zamienia się w małą wyścigówkę
W poprzednim wpisie zapowiedziałam moją listę dziesięciu najważniejszych (no, mniej więcej) książek mojego życia, niekoniecznie arcydzieł literatury światowej. Z braku nowych wpisów na ten temat zakładam, że akcja w sieci raczej się skończyła, ale jak zawarłam to w tytule posta - lista książek jest zaległa, a z zaległości należy się rozliczać. Tak też, po kolei:

1. O psie, który jeździł koleją (Roman Pisarski) - pierwsza książka, która wstrząsnęła mnie do głębi - do dziś pamiętam moment, w którym skończyła czytać książkę, gdzie siedziałam i jak bardzo leciały mi łzy. Nieprawdopodobna historia psa, po przeczytaniu której moje życie już nigdy nie było takie samo (i dlatego zawsze jest w nim pies, nawet tak durny jak Syriusz)
2. Ania z Zielonego Wzgórza  i dalsze części cyklu (L.M. Montgomery) - książkę przeczytałam w czwartej klasie - została "zadana" przez moją ówczesną drużynową, jako podstawa fabuły zimowiska. Mimo, że byłam najmłodsza w drużynie, jako jedyna przeczytałam nie tylko pierwszą część, ale właśnie zaczytywałam się w trzeciej - "Ani na Uniwersytecie". Można się spierać, czy książka ma wydźwięk feministyczny czy wręcz przeciwnie, ale to tam po raz pierwszy zetknęłam się super zdolną kobietą, która wiedziała, że chce się uczyć (i pokonywała w nauce chłopaka). Poza tym, w jednej z części cyklu przeczytałam po raz pierwszy o tym, jaka straszna była Wielka Wojna - jeden z synów bohaterki, zaciąga się na ochotnika do kanadyjskiego korpusu i wyrusza do Europy na rzeź.

Dziabąg bawi się z koleżanką w lustrze :)
3. Kamienie na szaniec (A. Kamiński) - kolejna harcerska książka. Nie pamiętam, czy i jak przerabiana była w szkole, ale świetnie pamiętam zbiórki inspirowane powieścią. Nie jest to majstersztyk literacki, jednakże losy Rudego, Zośki i Alka bardzo długo wpływały na moje wyobrażenie o wojnie, państwie podziemnym, a nawet Warszawie. Obecnie jestem nieco bardziej krytyczna i nawet kontrowersje wobec ekranizacji czy dyskusji o orientacji seksualnej bohaterów, nie robią na mnie wrażenia.
4. Mistrz i Małgorzata (Bułhakow) - jedna z niewielu książek, które przeczytałam wielokrotnie. Powieść wszechczasów. Historia niemocy pisarskiej, bólów głowy Poncjusza Piłata, wizyty Wolanda w Moskwie niedługo po rewolucji październikowej i dziwnych zachowań jego trupy, w tym dziwnego ni to kota, ni to demona - Behemota. Mam nawet jego "wizualizację" - prezent, jaki dostałam w czasach zachwytów nad książką. Stoi wysoko, tak by małe łapki mojej małej niszczycielki, go nie dopadły.
Takie tam selfie :)
5. Diuna (F. Herbert) - książka, stanowiąca początek cyklu książek dziejących się na Arrakis/Diunie. Walka o przeżycie i władzę, fanatyczny kult zdolny przeorać świat, do tego miłość. No i litania przeciw strachowi Bene Gesserit, która przydała mi się w wielu stresujących sytuacjach:
    Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
    Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
    Stawię mu czoło.
    Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
    A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
    Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
    Jestem tylko ja. 
6. Początek (A. Szczypiorski) - ostatnia lektura, którą przerabialiśmy w szkole średniej. Historia Polski od II W. Ś. w pigułce. Różne postawy bohaterów - dobrych Niemców, denuncjujących Polaków, Żydów wypierających się swojego dziedzictwa i włączających się w nagonkę 68 roku uświadomiły mi, że nic w historii nie jest dokładnie czarno-białe. Jedna z tych książek, które nauczyły mnie myśleć krytycznie.
Pierwszy wafelek
7. Blaszany bębenek (G. Grass) - dla tych, którzy nie wiedzą (a lubię się tym chwalić), wychowałam się na tym samym podwórku, na którym (zapewne) przed II w.ś. biegał młody Gunter Grass. W książce opisuje najlepiej znane mi miejsca. Spędziłam wiele godzin szukając nieistniejących już przejść (np. z Placu Wybickiego do Kilińskiego), sprawdzając co się zmieniło, które miejsca zostały wymyślone, a także czytając tą (i inne książki) razem z Oskarkiem na jego ławeczce.
8. Pomniejsze bóstwa (T. Pretchett) - książka z uniwersum Świata Dysku, dziejąca się nieco na uboczu od główneg nurtu i Ankh-Morpokh. Świetna analiza ewolucji religii i instytucji, które tworzy. Socjologia religii w bardziej przystępnej formie od podanej przez Emila Durkhaima ;)

"Już się najadłam i nie będę siedzieć na foteliku" :)
9. Kocia kołyska (K. Vonnegut) - moja ulubiona powieść tego pisarza. Wariacja na projekt Manhattan, Kryzys kubański, Zimną wojnę. Nigdzie indziej nie znalazłam opisu końca świata zawartego w kilku zdaniach. No i obowiązkowo "dwousobowe państwo" - lejtmotyw chyba wszystkich książek Vonneguta
10. Igrzyska śmierci (S. Collins) - cóż, powieści dla młodzieży też mogą być dobre. Historia przeciętnej dziewczyny żyjącej w antyutopii, jej poświęcenia, przerażających igrzysk na śmierć i życie, przypadkowej rebelii, i stania się jej przypadkowym symbolem, uprzedmiotowionym przez bardziej doświadczonych życiowo graczy.
Łucja na razie namiętnie oddaje się jedynie lekturze "Zwierzaczków przyjaciół szczeniaczka"
Po ułożeniu listy przyszło mi do głowy jeszcze parę książek (m.in Sto lat samotności Marqueza, Dzienniki Gwiazdowe Lema, Rok 84 Orwella), ale stwierdziłam, że nie będę zmieniać swej listy. Od miesiąca proszę też Dominika, by stworzył swoją, ale jakoś mu to nie wychodzi. Łucja na razie ma na swojej jedną pozycję :)

Na dzisiaj tyle. Jeśli ktoś tu jeszcze jest i ew. czeka na kolejny, bardziej związany z tematyką bloga wpis, obiecuję napisać go jak najszybciej się da. Oczywiście, jak Dziabąg pozwoli.

Łucja robi papa, do zobaczenia przy okazji kolejnego wpisu.

środa, 10 września 2014

A w telewizji pokazali...

Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała, że nie oglądam telewizji. Jeszcze większą, gdybym dodała, że wszystkie reality show są mi obce. Może nie oglądam ich namiętnie, regularnie i całościowo, ale czasem jak nic nie mam do roboty lub chcę po prostu się odmóżdżyć, zdarza mi się włączyć taki program.

Nieco inaczej było z nowym programem TVN - "Mama kontra mama". Zapowiedź i zaproszenie do udziału w programie na antenie stacji pojawiło się gdzieś w okolicach czerwca. Zaczęłam więc czekać na to, co właściwie zostanie wyemitowane. Przede wszystkim, sam tytuł programu nie napawał optymizmem - zakładał walkę mam, porównywanie się i patrzenie na inne uczestniczki z góry. A tego, jak pisałam w jednym z wcześniejszych wpisów, nie brak na co dzień każdej mamie.

Jak więc wyszło? Może nie aż tak strasznie, jak się obawiałam, ale nie ma też powodów do zachwytów. Formuła programu jest prosta - każda z czterech mam-uczestniczek z jednej okolicy (w pierwszym odcinku był to Wrocław), przy pomocy ukrytych (a może i nie?) kamer prezentuje dzień z życia rodziny. Pozostałe w tym czasie oglądają ich działania, komentują na bieżąco, a nawet w czasie, gdy rodzina opuszcza mieszkanie, maja obowiązek sprawdzić w jakich warunkach żyją dzieci i co jedzą. 

Niby nic - połączenie Big Brothera z Ugotowanymi, nawet lektor tan sam, z tymi samymi, mało śmiesznymi żarcikami. A jednak, po obejrzeniu pierwszego odcinka mam raczej smutne odczucia.

Po pierwsze - bardzo nie lubię, kiedy napuszcza się ludzi na siebie. Rozumiem, że ktoś mądry, szukając pomysłu na kolejny program, zabrnął w sieci na fora dla młodych rodziców i uznał, że szkoda by taka ilość wylewanych pomyj została tylko w internecie. Rozumiem też, że takie programy muszą być wypełnione prostymi emocjami i rozwiązaniami, by oglądanie nie wymagała żadnego wysiłku intelektualnego. Ale nie rozumiem, jak można dopuścić, by jedna matka arbitralnie uznała, że inna nie powinna wychowywać dzieci. Nie lubię, gdy ludzie są zapatrzeni w siebie i nie próbują dostrzec inności i różnorodności metod, zaciekawić się nimi i spróbować o tym porozmawiać. A uczestniczki ewidentnie wybierane były pod kątem bezkrytycznego uwielbienia swoich działań, co jedna, pod koniec programu, skwitowała zdaniem - wiem, że nie chce od Was niczego przejąć. Smutne, bo wzajemne uczenie się, podglądanie powinno dawać nam powód do refleksji nad naszymi działaniami.

Po wtóre - oglądając program cały czas zastanawiałam się, gdzie są ojcowie. Niby każda z kobiet (albo prawie) pracuje również zawodowo, ale z relacji z dziećmi, realizacji codziennych obowiązków, wychodzi na to, że domem i dziećmi zajmują się tylko one! Ktoś może powiedzieć, że to efekt formuły programu - w końcu to o mamach, a nie o tatach czy rodzicach w ogólności, ale dla mnie to potwierdzenie, że cały dom na ogół spada na głowę kobiety. I telewizja, mieniąca się nowoczesną, zamiast z tym walczyć, pokazywać nowe wzorce, ugruntowuje stary system. Ale czego oczekiwać od stacji, której jednym ze sztandarowych programów jest "Perfekcyjna pani domu", której wkładem w związek jest czyste mieszkanie.

Po trzecie - jak się tak przyjrzeć metodom matek biorących udział w programie, nie różnią się aż tak bardzo metodami - jedne nieco więcej wymagają od dzieci, jeśli chodzi o roboty domowe, inne zapewniają więcej rozrywek, ale co jest wspólne - bardzo kochają swoje dzieci i troszczą się o nie, najlepiej jak potrafią. Więc po co się porównywać? Pewnie po to by zdobyć główną nagrodę - 10000 zł na wakacje. Łakomy kąsek, ale czy skusiłabym się by najpierw obedrzeć się z prywatności, a następnie wziąć udział w polowaniu na pozostałe uczestniczki - nie, na pewno nie. Ale zawsze się tacy znajdą, tak jak znajdzie się dla nich widownia. Czy ja się do tych ostatnich przyłączę - raczej nie, pierwszy odcinek nie przekonał mnie formułą, nie zaciekawił tematem i wkurzył wyżej wymienionymi argumentami. Ale może jeszcze wrócę do niego w jakimś innym wpisie, jak przyjdą mi do głowy nowe refleksje.

A na koniec - Łucja w poniedziałek skończyła osiem miesięcy i po raz pierwszy sama stanęła! A dzisiaj doskonaliła tę sztukę, wspinając się przy pomocy każdej pionowej "okazji". Jejku, to ona zaraz będzie chodzić?



ps. po #icebucketchallenge, nową zabawą internetową jest wymienianie dziesięciu książek, które najbardziej wpłynęły na nasze życie. Od kilku dni zastanawiam się nad swoją listą - Łucka jeszcze się nie przyłączy, ale może ktoś z czytających tego bloga jest chętny?

wtorek, 9 września 2014

Łucja nie chce spać

Pierwszy raz od narodzin Łucji, przez głowę przeszły mi mordercze myśli. Co więcej, nie sądziłam, że wyobraźnia podpowie mi aż tak sugestywne obrazy, co zrobić z tym małym, wrzeszczącym Dziabagiem. Niby słyszałam, że i inni rodzice miewają takie chwile, ale dotąd moje dziecko aż tak mi skórę nie zaszło. Aż do środowego wieczoru.

O co chodziło? O wieczorne usypanie. Zgodnie z poleceniami wielu poradników, zajmujących się tematyką pomocową dla młodych rodziców, aby dziecko ładnie szło spać, należy wprowadzić wieczorne rytuały. Tak też w poprzednia środę, Łucja została umyta, przebrana w piżamkę, dostała butlę z większą ilością mleczka, aby wystarczyło jej na całą noc i ... za nic na świecie nie chciała spać. Zazwyczaj po takich działaniach, chwili noszenia i tulenia, dziecko zasypia. Dla pewności, w tle lecą kołysanki, w okolicach 4-5 dziecko śpi już twardo, a my około 20.30 mamy wieczór dla siebie. Nie tego dnia. Najpierw zaczęła sięgać po okoliczne przedmioty, w tym piloty, komórki i długopisy, potem radośnie pokrzykiwać kiedy próbowaliśmy ją położyć do łóżeczka. Na nic nie zdawało się śpiewanie z Grzegorzem Turnauem i Magdą Umer (radość), noszenie (płacz), przystawianie do piersi (siadanie i machanie rączkami). Po szesnastu kołysankach, uznaliśmy, że nie ma co dalej jej usypiać, skoro nie jest śpiąca. Była prawie 21. Po kolejnej godzinie, podczas której dalej interesowało ją siedzenie na rękach, szarpanie psiej sierści, szukanie czym może się pobawić, zaczęła wreszcie trzeć oczka! I ryczeć! Nagle zrobiła się tak zmęczona, że już nie mogła ot, tak zasnąć. Czterdzieści minut później - kiedy ją odkładałam - na zegarze była 22.38! Z wieczora nic nie zostało, poza moim wkurzeniem i totalnym zmęczeniem. 

Ale to nie koniec - następnego dnia obudziła się o 4.40! Dominik dzięki naszemu maleństwu nie nastawia już budzika, czasem nawet jest jednym z pierwszych w robocie. A Łucja - jak się zmęczy, to w dzień odsypia. Ale nauczona doświadczeniem, nie pozwalam jej spać więcej niż dwie godzinki (nie wliczam w to porannej drzemki - bo pobudka przed piątą, szybko zamieniła się w kolejną drzemkę, tym razem do 7.30). I tak mam gwarancję, że o 20.30 po 3K (kąpiel, kolacja, kołysanka) pójdzie spać.

Dziabąg odsypia ciężką noc ;)
ps. W okolicy łóżeczka Łucji, wprost na wyciągnięcie jej małych łapek, stoją książki. Łucja upodobała sobie zwłaszcza jedną - "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego. Czy nie za szybko na tak ambitną lekturę? ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Złapał katar pannę Łucyję

No i stało się. Jeszcze dwa tygodnie temu mówiłam, że mam szczęście, bo dziecko ani razu od narodzin mi na nic nie zachorowało. Ale przyszła jesień - jeszcze nie w kalendarzu, ale za oknem już tak, mocniej zawiało i pierwsze w życiu przeziębienie złapane.

Pierwsze symptomy były w nocy z soboty na niedzielę - kręciła się całą noc po łóżeczku, nieco chrapała, ciągle się budziła. Kolejnego dnia było pewne - to katar.

Chore dziecko, to przede wszystkim marudne dziecko. Niech ktoś spróbuje ruchliwemu ośmiomiesięcznemu dziecku wyczyścić nos. Lub choćby przetrzeć, by nie siedziała zasmarkana. Powodzenia, bo niby małe to to, ale rączki, poruszając się szybko jak skrzydła w wiatraku, potrafią z ogromną precyzją odtrącić chusteczkę, nie mówiąc już o aspiratorze. A kiedy już uda Ci się ominąć młyn i wytrzeć nos, musisz nastawić się na gwałtowną i bardzo głośną reakcję histeryczną. Po prostu super.

W sumie to i tak nie mam na co narzekać. Jak dotąd (odpukać!) lejący się nos i chrapanie w nocy to jedyne niedogodności. Apetyt i chęć do zabawy pozostały na tym samym poziomie, może więcej Dziabąg śpi. W każdym razie na wszelki wypadek nie poszłam dzisiaj na spacer - trochę za mocno wiało, a w taką pogodę nie wiadomo czy bardziej ubrać (wieje) czy jednak nieco rozpiąć (słońce wciąż przygrzewa mocno). Obstawiam, że właśnie takiego dnia - a nie brakowało ich w ciągu ostatnich dwóch tygodni - Łucka złapała wirusa nieżytu nosa. W każdym razie w najgorszym wypadku za siedem dni będzie (całkiem) zdrowa :)

Dowód na to, że jak się wytrze nos, można bawić się w spokoju :)